czwartek, 8 sierpnia 2013

146. Po 4 tygodniach diety

W środę zajechałam (motocyklem, a jakże) do pani dietetyczki i dowiedziałam się prawdy o sobie.
Że w 4 tygodnie schudłam 5,5 kg (!).
Że zawartość tłuszczu spadła mi o 3%, a zawartość wody wzrosła o 2% (i jedno i drugie dobre), natomiast masa mięśniowa się właściwie nie zmieniła, co też jest bardzo dobre.

Dowiedziałam się również, że nadal jem trochę za mało warzyw i że jeśli tak dalej będę robić, to będę miała ataki na węglowodany. I że nie mogę odstawiać węglowodanów, bo są potrzebne, także w trakcie treningów krav maga.

Porozmawiałyśmy też o mięsie, bo drób mi coraz mniej smakuje, pozostałych rodzajów za bardzo nie powinnam, a na wędliny mi zwyczajnie szkoda kalorii. Przerzucam się zatem na ryby i wprawdzie na razie nie chcę być wegetarianką, ale na myśl o mięsie nie robi mi się szczególnie fajnie.

(czy mówiłam Wam, że notuję wszystko dokładnie, co jem i o której godzinie? A czasami nawet dodaję jakieś informacje o tym, że jestem bardzo głodna, albo wręcz przeciwnie. Czuję się trochę jak ta para, która przez dziesiątki lat notowała wszystkie filmy, które obejrzeli. W sensie, że neurotyczna się czuję. Ale to mi pomaga w realizacji planu)

Wszystko wskazuje na to, że projekt 15-20 kilo w kilka miesięcy jest do wykonania. Licząc od wagi maksymalnej, gdzieś tam w marcu tego roku, schudłam już 9 kilo (3,5 kg w Stanach, 5,5 kg w lipcu). Ostrożnie więc planując, sądzę, że pod koniec października będę miała już normalne BMI. Trzymajcie kciuki!

Kupiłam sobie  komosę (quinoa), która pomimo, że wygląda jak kasza, jest jak najbardziej warzywem i ma bardzo wysoką zawartość białka i innych składników (np. potasu), więc zamierzam jeść. Smakuje całkiem po ludzku i śmiesznie wygląda, troszkę przezroczysta po ugotowaniu.

Jest z nią jednak taki problem, że jest mało ekologiczna. Po pierwsze sprowadza się ją z Ameryki Południowej (z Boliwii, chcę tam pojechać!!!), więc ślad węglowy, czy jak to się tam nazywa, jest nieco pokaźny. A po wtóre stała się bardzo modna w Stanach i Europie, co spowodowało wzrost liczby farm ją uprawiających i wzrost cen i z bardzo taniej żywności dla ubogich stała się nieco hipsterską potrawą dla zamożnych. Ubogich nie stać już na ichniejsze "ziemniaki", a i farmy się poprzekształcały z innych produktów w quinoę i całość jest niekoniecznie sensowna dla lokalnej społeczności. Parę słów można przeczytać o tym tutaj.

Quinoa y

Nie należę do ludzi, którzy ekologię wybrali sobie za religię, co objawia się na przykład tym, że dotychczas nie segregowałam śmieci (a po prawdzie nadal to robię wybiórczo, gdyż akurat moja administracja nie załatwiła pojemników na segregowanie i mówi, żeby wyrzucać jak dotychczas, czyli bez segregowania, choć płacimy jak byśmy segregowali. Lekka paranoja, swoją drogą).  Nie jestem ekologicznie świrnięta, ale jednak mam świadomość makroekonomiczną, która mi mówi, że należy dbać o zasoby i nie należy zabierać biednym, żeby dawać bogatym. Nie do końca wiem, jaki jest mój osobisty wpływ na rzeczywistość, dlatego raczej nie przestanę z tego powodu kupować komosy (zwłaszcza, że dopiero zaczęłam), ale czuję, że to jest temat, którego nie powinno się lekceważyć. 

Tymczasem ciągle próbuję się zorganizować w kupowaniu warzyw, owoców i innych pyszności do jedzenia. Nareszcie rozumiem tych, którzy sami pieką chleb i mają swoje ogródki. Póki jedzenie było dla mnie obowiązkiem i sposobem na odreagowanie smutków albo złości (tak, tak, słodycze mają tę cudowną właściwość, że kompletnie zamulają ośrodek odpowiedzialny za negatywne emocje, nie udowodniłam tego naukowo, ale święcie w to wierzę), póty nie rozumiałam, jak można się podniecać tym, co się wkłada do gara. 

A teraz sama zaczynam się tym ekscytować. Proekologicznie i prosmakowo zamawiam warzywa i owoce z dostawą do domu w Wiem co jem - pochodzą z gospodarstw niedaleko Warszawy i są zbierane tego samego dnia, którego do mnie dojeżdżają wieczorem. Niektóre nieco droższe niż na bazarku, ale za to smaki i zapachy kompletnie inne. Prawdziwe. Wstaję też w sobotę rano, żeby zdążyć przed 10tą do pana, który przyjeżdża ciężarówką ze wsi i staje - zapewne na nielegalu - między kamienicami. Jego maliny potrafią wytrwać cały tydzień, podczas gdy te z bazarku następnego dnia nadają się wyłącznie do śmietnika. 

I cudownie jest móc powiedzieć koleżankom, że się właściwie nie umie gotować, a potem usłyszeć od nich słowa pochwały za prostą, ale smaczną sałatkę z cukinii, podpatrzoną jakiś czas temu u mojej kochanej Dż.  

- 2 surowe cukinie kroimy w długie plasterki łopatką do plasterkowania sera. 
- dodajemy orzeszki pinii
- sporo kolendry świeżej (nie miałam, więc była bazylia, cięta nożyczkami, podobno nie należy) 
- trochę oliwy, soku z cytryny 
- sól, pieprz i jeszcze autorsko dodałam świeżo mielone chilli. 

Cudownie orzeźwia. W sam raz na dzisiaj. 

A koza w prezencie. Moja ulubiona. Prosto z Krety sprzed trzech lat :)  





7 komentarzy:

  1. Kochana - co to znaczy ZA MAŁO warzyw?

    Bo moja dietetyczka co wpoiła mi kilka zasad świetych wpoiła mi między innymi tą, że porcje mają być małe. więc nie można zjeśc np więcej niż pół szklanki malin naraz albo dwóch garści sałaty. (chodzi o utzrymanie żołądka w rozsądnie skurczonej wielkości). ja ooczywiście ustawicznie to przekraczam pożerając pół WIADRA malin i mam wyrzytu sumienia. a może niepotrzebnie ? :)

    i naprawdę ŁADNY wynik! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki :)

    Według mojej dietetyczki (podoba mi się to poczucie własności), dzięki warzywom nie czuję głodu. I jeśli jem sushi (6 sztuk), to mam zjeść do tego np. dwa pomidory. Co do malin - one są mało kaloryczne, jak i borówki. Zobacz sobie www.sekretydiety.pl, tam są pokazane porcje 50 kcal różnych produktów. Malin możesz cały talerzyk. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale jak piszę jej nie chodziło tylko o kalorie. ja wiem że mogę zjeść główkę kapusty i to nie będzie kaloryczne - ale rozciągnie żołądek :)

      więc. miedzy NASZYMI dietetyczkami jest taka róznica, że mi też wolno było zjeśc dokładnie SZEŚĆ kawałków sushi, ale te dwa pomidory to juz za trzy godziny na kolejny posiłek :)))

      Inna sprawa że ja miałam do zrzucenia mniej, więc może to dlatego :)

      Usuń
  3. Dorosły człowiek ma żołądek wielkości dwóch swoich pięści. Zobaczcie, jest naprawdę niewielki. Spt ma rację pisząc o porcjach małokalorycznych warzyw, które rozpychają ten wór trawienny !!!
    A Lumpiata mogłaby pomysleć na wiosnę o przygotowaniu kilku grządek u rodziców za Warszawą. Zerwana cukinia może leżeć w składziku nawet parę tygodni. Te rady to z dobrego serca, naprawdę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja tak sobie myślę, że każdy specjalista wie co robi i kroi metodę pod konkretnego pacjenta. ale ta MOJA ;) była POTWOREM co mówił - ależ oczywiście - zwiększymy teraz porcje - może pani posypać GARŚĆ brokułów - ŁYŻKĄ sera ;)))

      (ale dla odmiany - ja miałam w diecie kluchy. moja znajoma co chodziła gdzie indziej miała kluchy bezwzględnie zakazane. ja mogłam banana. zakazanego gdzie indziej. mało tego. ja mogłam BATONA BAJECZNEGO. bo NAJMNIEJSZY z batonów ;)))- może to ta róznica. że ja jestem węglowodanowa i MUSIAŁAM węglowodany bo inaczej bym się złamała - więc ona pilnowała żeby chociaż przepustowość była zmniejszona :)

      Aż Ci zazdroszczę Lumpiata i może zacznę dietę ! :D

      (po dzisiejszej kolacji i jutrzejszych urodzinach ;)

      Usuń
  4. To ja jeszcze na szybko podrzucam wczoraj sprawdzony, cukiniowy pomysł.
    Utrzyj na grubych oczkach dwie cukinie, posól i odciśnij za 10 minut. Dodaj 1 jajo, garść posiekanej mięty i garść bazylii, 2 łyżki mąki i serek ricotta, 1 ząbek czosnku, sól i duzo pieprzu, wymieszaj i usmaż na oliwie. ODJAZD!

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratuluję wyniku, Ja próbowałam gotować komosę (quinoa)ale mi to zwyczajnie śmierdziało i nic już dalej z nią nie byłam w stanie zrobić. czy możesz napisać jak ją gotujesz i co z nią robisz potem?

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń