czwartek, 25 lipca 2013

142. Wyprawa do USA - finanse

No to podliczyłam.

Trzy miesiące mijają od powrotu, chciałoby się wiedzieć, ile kasy poszło na moje najwspanialsze 5 tygodni w Stanach. 
Krótko mówiąc: dużo poszło :) 

Od dłuższej chwili zastanawiam się, czy podać Wam konkretne liczby. Jesteśmy bądź co bądź w Polsce, więc zawiść ludzka nie zna granic, a o kasie się nie rozmawia, jak i o seksie. Natomiast o poglądach politycznych trzeba mówić zawsze i wszędzie. 

I jestem w kropce. Bo czyta ten blog wszak wielu moich znajomych, którzy mogą pomyśleć, że Cywińska jest rozrzutna i jeszcze się tym obnosi. I skąd ona wzięła na to kasę. Z drugiej jednak strony, być może ktoś trafił na ten blog zupełnie przypadkiem i taka informacja mogłaby być przydatna. Podsumowanie finansowe wyprawy wydaje się być klamrą spinającą całość. Bo podróżowanie, drodzy moi, nie jest szczególnie tanią rozrywką. 

Być może, gdyby udało mi się wydać nic, albo prawie nic, to bym się mogła chwalić, że spędziłam miesiąc za granicą i wydałam mniej niż, gdybym została w Polsce. To by było takie hipsterskie. Jednak that's not the case. I nawet nie łudziłam się, że tak się wydarzy. Kasę na ten wyjazd zbierałam od wielu miesięcy i będę spłacać przez kolejne miesiące, oby nie lata. 
Nie, jeszcze nie wyszłam na zero, wręcz przeciwnie. 

Więc siedzę i się męczę. 
Chyba jednak zaryzykuję. Napiszę o konkretach. Najwyżej będę obiektem jeszcze większej zawiści, ale przynajmniej zachowam się szczerze i w zgodzie z samą sobą. Zasadniczo wszak nie mam zahamowań, żeby rozmawiać o pieniądzach. Być może dlatego, że mieszkałam parę lat w innej kulturze, a być może dlatego, że kasa nie jest dla mnie wyznacznikiem. Jest rzeczą nabytą, więc naprawdę nie nadmiernie świadczy o człowieku. 

I wiem, że mogłam wydać mniej, gdybym na przykład jeździła pociągami i autobusami. Mogłam również nie nocować w ogóle w hotelach (acz wiele tego nie było) i mogłam mniej jeść w knajpach, a więcej sobie przyrządzać. Na kocherku, rzecz jasna :) Z drugiej strony wiem, jak wiele zaoszczędziłam dzięki temu, że przez tydzień jechałam z facetem, który płacił właściwie za wszystko, a przez kolejny tydzień mieszkałam w San Francisco u znajomej, a nie w hotelu. Obojgu jestem wdzięczna, każdemu rzecz jasna w inny sposób :) 

Najwięcej oczywiście poszło na szeroko rozumiany transport. Mój bilet samolotowy kosztował 3500 zł (WAW-DUS-NYC-HOU oraz SFO-LON-WAW), a dwukrotne wynajęcie auta i benzyna drugie tyle. Może warto tu powiedzieć, że 9 dni auta z Houston do San Diego kosztowały mnie ok 2000 zł, w tym prawie bak benzyny i opłata za oddanie w innym mieście warta jedyne 250 USD. Auto miało być najmniejsze i ekonomiczne, a dostałam Dogde'a Chargera z silnikiem 3.7 :) Sama frajda, ale wiadomo, benzyny poszło więcej. 
Za jedzenie zapłaciłam trochę ponad 2000 zł kartą, i całkiem sporo gotówką, której wyjęłam przez cały pobyt ok. 3000 zł (w tym kupno drugiej walizki i lokalne autobusy, także te drogie, dowożące na lotnisko). 
Za mieszkanie i hotele tam, gdzie nie nocowałam za darmo, wyszło ok. 1700 zł, za kartę sim do telefonu (wraz z internetem) - niecałe 300 zł. 
Nakupiłam sobie ubrań i butów, ale tego nie wliczam w koszt wyprawy. I jeszcze gifty, kartki, bilety wstępu i inne tego typu za kilkaset zł. Oraz wiza amerykańska za ponad 500 zł. 

Zmieściłam się w 15 tysiącach zł. 
I nie żałuję ani dolara. 
To była najwspanialsza podróż mojego życia. 
Mam nadzieję, że nie ostatnia. 


(A tu poniżej zdjęcie, które cudnie oddaje moje tamtejsze samopoczucie. Uwielbiam na nie patrzeć. W drodze między Las Vegas a San Diego, gdzieś na początku Mojave Desert, czy jakoś tak.) 

6 komentarzy:

  1. + przygoda, radość, doświadczenie swojej własnej wewnętrznej siły => BEZCENNE.

    ja Ciebie za tę podróż, Cywińska, podziwiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Lumpiata, zapłaciłaś nie przepłaciłaś i co widziałaś/czułaś to Twoje:)
    A zawistnym mówimy stanowcze walcie się:D

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie rozumiem dlaczego osoba w naszym wieku, matka dzieciom, osoba pracująca, miałaby sobie żałować i nie spać w hotelu:) Tanio to wychodzi byczenie się wraz z innymi grubasami w opcji all inclusive w Egipcie na wycieczce z biura podróży, aczkolwiek i tak krótsze czasowo. moim zdaniem nie ma się co krygować. Tzn mnie wciąż nie stać na takie wakacje, hope soon:)

    OdpowiedzUsuń
  4. 5 tygodni za 15 tys wliczajac bilety? omg - poldarmo. wlasciwie - darmo.
    jak to mowia - frugal traveler z ciebie.

    OdpowiedzUsuń
  5. dużo, ale myślałam, że o wiele więcej :-) wydałaś te SWOJE pieniądze w najlepszy sposób z możliwych!

    OdpowiedzUsuń
  6. Tez myslalam, ze duzo wiecej!. a do przyrzadzania sobie jedzenia zamiast knajp - wole jechac na krocej, niz gotowac w hostelowych kuchniach ;)

    OdpowiedzUsuń