niedziela, 21 lipca 2013

140. Z pamiętnika kobiety na diecie ;)

Kolejna obserwacja z odchudzania. 

Dbanie o siebie i uważne kontrolowanie pochłanianych przez siebie produktów jest czasami podobne do dbania o dziecko. Wczoraj wieczorem poszłam mianowicie poszwendać się po mieście ze znajomymi, więc wzięłam do pudełka owoce, co by nie pomijać posiłku i zapewnić sobie cokolwiek, gdybym zgłodniała. Ostatni raz tak robiłam, gdy mój syn miał ze dwa lata, bo potem po prostu kupowałam mu bułę albo jogurt. Ale zadziałało. Byłam w mieście, nie zjadłam niczego bezsensownego. Przewidziałam, że mogę być głodna. 

Psychologicznie rzecz ujmując jest to nawet ciekawe - zajmuję się dzieckiem w sobie. Troszczę się o nie i uczę się łagodności w stosunku do samej siebie. Rozwijające doświadczenie. 

Tymczasem dzisiaj mam jakiś kryzys. Cały dzień mam ochotę na coś słodkiego. W ramach deseru po obiedzie zjadłam trzy łyżki crunchu śniadaniowego, a po południu dachówkę z dżemem (słodzonym sokiem z winogron, st dalfour). I odnalazłam chrom w apteczce. Może mi czegoś brakuje? 

No i znowu nóżki mi się niecierpliwie ruszają pod stołem. Gdzieś muszę pojechać. Nie wiem, gdzie i po co. Ale nosi mnie. 

Motocykl. 
Motocykl. 
Motocykl.


1 komentarz:

  1. dojrzewam do takiej decyzji, ta łagodność w stosunku do samej siebie jest mi jeszcze obca, chciałabym, może się w końcu uda, a motocykl jest mega, ja umiem samochód prowadzić ;)

    OdpowiedzUsuń