sobota, 13 lipca 2013

136. Gdy gotowanie dopieszcza

Przyrządzanie posiłków dla samej siebie od zawsze wydawało mi się stratą czasu. Po co stać godzinami nad blatem lub kuchenką, skoro można mieć coś gotowego i szybko to wchłonąć? Po co gotować dla jednej osoby, skoro i tak przy posiłku nie będzie ani intelektualnej rozmowy ani mniej lub bardziej konstruktywnej kłótni, które są dla mnie konstytutywnym elementem rodzinnej kolacji? Posiłki były i są dla mnie wydarzeniem społecznym, więc jak miałam coś zjeść sama, to zasadniczo łatwiej było zamówić pizzę. Żywienie samej siebie wydawało się wtórne, nie byłam w stanie zrozumieć, jaką można z tego mieć przyjemność.

Ale dziś rano coś pękło. Z dużą frajdą zrobiłam sobie śniadanie.

Poszłam najpierw na bazarek, kupiłam głównie owoce, warzywa, trochę jogurtów naturalnych i pierś z kurczaka. W ramach chleba nabyłam chrupkie, ryżowe i pełnoziarniste żytnie. Problem z żywym chlebem jest taki, że jest dużo bardziej kaloryczny niż chleb chrupki. Pół kromki normalnego chleba kosztuje tyle samo kalorii co 2,5 dachówki. Kwestia wyboru. Kupiłam jedno i drugie, zobaczymy, co mi będzie lepiej wchodziło i czy aby zdołam zachować umiar.

Kot Hara mi towarzyszył w wyprawie. Siedział w jakichś krzakach koło kaplicy przy moim domu. Wyskoczył, gdy przeszłam obok i zaczął za mną iść, dzielnie zawodząc i zapewne informując cały świat, że jestem złą matką i dlaczego wychodzę z domu i zamierzam się szlajać, skoro on umiera z głodu. Szedł trzy metry za mną, zawodził niczym kocica w rui, z pretensją w głosie, aż musiałam się jakiejś pani tłumaczyć, że to mój kot, że jest na mnie zły i że próbuję go namówić, żeby ze mną poszedł na zakupy. Pani się pochyliła nad Harą i spokojnym głosem wyjaśniła mu, że zakupy trzeba robić, bo inaczej nie będzie obiadku.

Nie zadziałało. Jednoznacznie jestem od dzisiaj złą matką na dzielni. Wśród kotów, znaczy się.

Wróciłam objuczona, rozpakowałam, co się da (do lodówki, która mrozi zamiast chłodzić, ale na szczęscie już w poniedziałek wymienią mi termostat) i wzięłam się za śniadanie. Twarożek, łyżka jogurtu, rzodkiewki, szczypiorek, pestki dyni i kromka chleba żytniego, pełnoziarnistego, "z obniżoną ilością węglowodanów", cokolwiek ma to znaczyć. Zaraz będę jadła. Na drugie śniadanie zapewne maliny z borówkami. Na obiad pierś z kurczaka z brokułami i może trochę kaszy gryczanej, bo mi została sprzed dwóch dni. I jeszcze bób muszę ugotować, bo niedługo wyjdzie z siebie.

Zajęło mi to raptem 10 minut, ale zrobienie sobie śniadania stało się swoistym wyrazem miłości do samej siebie. Jakbym sobie kąpiel z pianą przygotowywała. Albo ciepłe łóżeczko w zimowy wieczór, z herbatką i termoforkiem. To coś atawistycznie dobrego i przyjemnego.

Poczułam się dopieszczona.



1 komentarz:

  1. Motyw z kotem widzę w wyobraźni i leję ze śmiechu :)

    Od zawsze jadłam czytając. Nie obchodziło mnie co jem, byleby słone, szybko zrobione, na tackę i do pokoju. Najwygodniej na leżąco, gdy w drugiej, niezajętej łapie, książka.
    Nauczyłam się szykować i celebrować przy pierwszej diecie ;)

    OdpowiedzUsuń