środa, 10 lipca 2013

134. Odchudzam się. Ha.

Dziś jest pierwszy dzień reszty mojego życia. Zaczynam dietę.

("mam na imię Maria i jestem nie do końca anonimową żarłoczką" ;)

Historycznie rzecz ujmując to moja trzecia, no może czwarta. Prawdopodobnie nie ostatnia.
Kiedyś byłam chuda, do ciąży. I mówiąc chuda mam na myśli chuda. Zero biustu, zero bioder, zero kobiecości. Potem przytyłam, depresja niezdiagnozowana, tarczyca niezdiagnozowana, żadna przyjemność. Z rozmiaru 38 przeskoczyłam na 46. I to bez szczególnych wysiłków.
Jak Młody miał ze trzy lata, może cztery, zrzuciłam parę kilo na Herbalife, ale wróciły dość szybko.
Kilka lat później byłam przez jakieś pół roku pod opieką bardzo kochanej dietetyczki i zrzuciłam z 16 kilo. Skutecznie, metodą niełączenia i umiarkowanym montignakiem. Ze dwa lata udało mi się to utrzymać, a potem weszłam w toksyczną relację, która utoksyczniła nie tylko moje emocje, ale ciało również. Praca siedząca nie pomagała. Narastająca kolejna fala depresji też nie. Wszystko wróciło.

Z półtora roku temu było trzecie podejście, bardzo restrykcyjne, bardzo skuteczne, w półtora miesiąca 9 kilo, byłam zachwycona. Tyle że nie. Okazało się za bardzo restrykcyjne. Po świętach moje ciało się obraziło i przekonało mnie, że trzeba jeść. Zjadałam wszystko ponownie. Znowu dupa się powiększyła, a spodnie zmalały. Polubiłam spódnice.

Od kilku miesięcy więcej się ruszam i ciału się to zaskakująco podoba (jako i mnie, podobno oczy mi się świecą, jak mówię o kravce). W Stanach jadłam bardzo mało chleba, niewiele słodkiego, ciągle byłam na słońcu i było mi dobrze - schudłam ze 3-4 kilo. Nie ma sensu tego marnować. 10 dni temu poszłam pierwszy raz do Karoliny, dzisiaj drugi. Wiem już wszystko, wiem, jakie popełniam błędy (dość masakryczne) i wiem, co mam z tym zrobić. Wiem też, ile mam do przepracowania. Teraz wystarczy się wziąć do roboty. I zadbać o siebie :)

A zatem - mam jeść 5 posiłków na w sumie 1300 kcalorii i jeszcze 200 kcal jako bufor (6ty posiłek) na ewentualne dodatki lub okazjonalne grzechy. Ostatni rzecz jasna 3 godziny przed snem, czyli mam czas do 21.

Moje zapotrzebowanie energetyczne to ok. 2500 kcal, a być może nawet więcej, bo sporo się ruszam, więc przy tej diecie powinnam chudnąć 1 kg tygodniowo. Pierwszym celem jest -5 kilo, kolejnym -10, a kiedy schudnę -15 kilo to będę miała BMI w normie. Aktualnie jestem na granicy otyłości i nawet jeśli nie widać tego nadmiernie, bo kilogramy rozkładają się dość ładnie, to liczby nie oszukują. Mam wprawdzie ponad 55% mięśni, co podobno jest dość dużo u kobiety, ale za to mam również ponad 40% tłuszczu, co przekracza wszelkie dopuszczalne normy. Woda jest na granicy normy. Niestety w jej dolnej części, co ponoć wynika z nadmiaru tłuszczu. Jak mi tłuszcz spadnie, woda powinna wzrosnąć.
Metabolicznie rzecz ujmując jestem stara. 50tka mi stuknęła. Myślę sobie, że to może wynikać z mojego Hashimoto, ale zobaczymy za miesiąc, czy coś się ruszy.

Bo kolejny pomiar za miesiąc. Najważniejsze to obserwować różnice pomiędzy pomiarami, bo wiem przecież, że tak tłuszcz, jak i woda mogą dawać inne wyniki w zależności od pory dnia i dnia cyklu, co akurat ma zastosowanie. Więc się nadmiernie nie przywiązuję do tych liczb (nawet jeśli ten tłuszcz robi wrażenie, n'est-ce pas?).

Mam gryplan na 7 dni. Jadłospis jest bogaty i wydaje mi się, że będę jadła więcej niż dotychczas. Co w sumie mnie cieszy :) Mogę dość dowolnie wymieniać składniki między sobą (póki są z tej samej grupy i mają podobną liczbę kcalorii). Posiłki mam jeść o stałych porach, z napojów woda, maks. dwie kawy i herbatę w ilościach dowolnych. Słodyczy nie ma, ale jakoś mnie to nie przeraża. Wiem dobrze, że przykre będą pierwsze dni, a potem się człowiek przyzwyczaja i nawet jogurt naturalny smakuje jak deser.

Nie wiem oczywiście, jak moja niedoczynność zareaguje na zmianę diety i wzbogacenie jej o warzywa. Metabolizm może mi siąść, ale może wręcz przeciwnie. Zobaczymy. Z doświadczenia wiem, że najdalej po 3 tygodniach zacznę chudnąć. Wagi i tak nie mam, więc przejmować się nie zamierzam.

Tak naprawdę najważniejsze jest to, że jestem gotowa o siebie zadbać. Nie jest to histeryczne szukanie diety-cud. Nie ma to nic wspólnego z nieakceptacją własnego ciała - ja naprawdę lubię na siebie patrzeć, nawet bez ubrań. Lubię swoje ciało, swoje krągłości, ale nie lubię swoich nadmiernie obciążonych stawów i nie lubię tego, że pompek nie jestem w stanie zrobić. Nie lubię swoich ataków słodyczowych i nie lubię tego, że nie mieszczę się w różne ubrania. Te 15 kilo dość konkretnie zmieni moją jakość życia i wpłynie na moje zdrowie. Poprosiłam koleżankę, żeby mi zdjęcie zrobiła. Kazała ściągnąć tunikę, co by było widać wcięcie. Ale widać też podwójny podbródek i krzywe kolana. Trudno :) Chodzi o porównanie.  Za parę tygodni zrobimy kolejne.

(xxx)

Po wielu latach wkurzania się na siebie i jedzenia mocno agresywnego, dorosłam do tego, żeby o siebie zadbać. Chcę sobie robić najlepsze możliwe posiłki i nie chcę już więcej jedzeniem załatwiać sobie czegokolwiek.
Emocje można rozładowywać na tyle innych sposobów, i ja te sposoby w większości znam. Więc po co to robić autoagresywnie?

W związku z powyższym nie boję się tej diety, nie boję się, że będę głodna, albo że nie dam rady. Jasne, że dam. Jak zdarzy mi się potknięcie, to następnego dnia wstanę, otrzepię się i pójdę dalej. Jakoś widzę to bardzo optymistycznie. A że dzisiaj idę na piwo z koleżanką? No coż - napiję się wody. Albo pół piwa w ramach dopuszczalnego buforu 200 kcal.

Jestem spokojna. Bo robię coś dobrego dla siebie.
W prezencie jedna z moich ulubionych piosenek Andrei Bocelli'ego, którą potem jedna ze Spicegirls zrobiła w anglojęzycznym coverze.
Ja wolę po włosku.






10 komentarzy:

  1. Pozwolę sobie mocno Ci kibicować. Zauważyłam, że ja po ostatniej ciąży mam jakiś problem z kompulsywnym jedzeniem słodyczy, jak mnie coś zestresuje, zdołuje to leżę...To już zaczyna być wkurzające i zbieram się do rozpracowania tego, hmm, zagadnienia.
    Tymczasem trzymam kciuki!

    OdpowiedzUsuń
  2. Marysiu Złota - bardzo Cię lubię :) Za Twoją szczerość, entuziazm, otwartość i gotowość do zmian. A na tym zdjęciu wyglądasz bardzo ładnie. Trzymam kciuki, podziwiam i wezmę z Ciebie przykład :) Chociaż jeszcze nie dzisiaj. Ale podoba mi się ta droga: fachowe wsparcie, samowiedza, solidny plan i absolutna wiara w siebie. Po prostu zmiana życia, a tym samym tycia ;) Też mam ochotę zadbać o siebie! Jesteś moją (bojową) inspiracją... tylko za kav magę dziękuję. Ale pilates, why not?
    Aldona

    OdpowiedzUsuń
  3. jeszcze nie przeczytałam, ale już mam wtręty. Proszę o wybaczenie królowo;)
    Nigdy więcej nie ustawiaj się tak do zdjęcia, proszę!
    Jesteś radosna, po polsku cudna, ale nie ustawiaj się tak do zdjęcia! Proszę!

    OdpowiedzUsuń
  4. no dobra, to teraz przeczytałam tekst.
    Lumpiata, jesteś cudna! Dasz radę i będę Ci kibicować. (też mam Haschimoto, więc wiem jak to się je i też miałam rozmiary ogromne, bardziej ogromne niż Twoje, przy wzroście 170 cm no i jestem znacznie starsza od Ciebie a ostatnio zgubiłam 10 kg, bo się zapomniałam/zaniedałam)
    Trzymaj się Mario:)

    OdpowiedzUsuń
  5. ade - specjalnie się tak ustawiłam, DONCIU WORRY. wiem, że to zdjęcie nie jest atrakcyjne :)

    OdpowiedzUsuń
  6. czy możesz mi powiedzieć ile % Ciebie stanowią kości w takim razie? bo może Ty jesteś ptakiem i o tym nie wiesz?

    OdpowiedzUsuń
  7. Na zdjeciu prezentujesz się swietnie, proporcje idealne. Zastanów sie jak wyglada Twoja babcia, mama, siostry [jeśli posiadasz ].Może nie warto katować się dietą, bo kobiety w Twojej rodzinie...

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo dziękuję za komplement, ale wiesz, tu chodzi o moje zdrowie i moje stawy :)
    Proporcje proporcjami - BMI ponad 29, ponad 40% tłuszczu - to nie są dobre wskaźniki. :)

    OdpowiedzUsuń