poniedziałek, 8 lipca 2013

133. Kleszcze, komary, gzy i ja

Dieta na razie pojechała na urlop. A może to ja. Wyjechałam na weekend, a jakby tydzień minął.

Jeszcze ruszał nóżkami, gdy mi go koleżanka wyjmowała pensetą pęsetą. Mojego pierwszego. Z miejsca dość intymnego, więc sama nie bardzo byłam w stanie. Pierwszego ever. Czarnego. Strasznego. Teraz jest czerwona kropka.
Kleszczom mówimy stanowcze nie.

Ale weekend był znakomity.
Jedzenie cudne, na tyle intensywne i wspaniałe, że dziś nad ranem mój żołądek odmówił współpracy. Ale wcześniej było długie spanie i cudne śniadania pod czereśnią. I czytanie najnowszej Donny Leon w oryginale (jak małe dziecko musiałam sobie pod nosem mruczeć, żeby zrozumieć, co czytam). I kilkadziesiąt kilometrów na rowerze po bagnach i lasach i komarach i gzach. Wydawało mi się, że wyssałam cały gzi jad. Niestety. Prawe nadręcze mam nieco napuchnięte. I swędzące, rzecz jasna.
I wiejski sklep z lodami i ciepłym piwem. I pan, który zdążył mi opowiedzieć połowę swojego życia, gdy czekałam na auto, które miało mnie zawieźć do domu, bo już zabrakło mi sił. "Ważą się losy mojego małżeństwa". 27 lat już żyje z żoną, 3 córki. Kiedyś było lepiej, dwie fabryki kafelków, a teraz to nawet Hortex upada. I nie leż dziecko na trawie, bo wilka złapiesz"

A niby tylko 100 km od Warszawy. No może 120. I wcale żadnego oceanu nie było. Tylko leżaczki, karty do brydża (czemu nie umiem, ach, czemu), rowery, komary i my.

A poza tym to brzuszek już prawie nie boli. Jutro trzeba grzecznie do pracy. A lato trwa. I oby sie za szybko nie kończyło.


2 komentarze:

  1. matko, przeczytałam 'nadnercze'

    OdpowiedzUsuń
  2. myślałam, że tylko ja przeczytałam nadnercze!

    Przygody z kleszczem nie zazdroszczę!

    OdpowiedzUsuń