piątek, 5 lipca 2013

132. Jestem na diecie -stop- biegam -stop- żyję -stop

Pierwsza wizyta u moje nowej dietetyczki Karoliny była po prostu pierwszą wizytą i niczego szczególnego w moim życiu nie zmieniła, poza tym, że od kilku dni znowu jestem w trybie kontrolowania tego, co jem. Ale nadzieję mam wielką, bo Karolina ma głowę na karku i sama jest reklamą swoich usług. No i poza wszystkim, najpierw słucha, potem mówi. A w zmianach nawyków (bo przecież o to chodzi w diecie), to chyba podstawa.

Przez prawie półtorej godziny zatem słuchała i notowała wszystkie moje dolegliwości, alergie i inne dotychczasowe osiągnięcia wagowe w obie strony. Zapisywała również rozmaite zalecenia. Ponieważ poszłam do niej przygotowana i miałam spisany tydzień jedzenia i picia, to od razu przeanalizowałyśmy moje błędy żywieniowe.

Tak, wiem, jem za dużo słodyczy. Dowiedziałam się więc, że trudno się dziwić, że pochałaniam ich tyle, skoro pozostałych produktów dostarczam sobie tak mało, że właściwie się głodzę. I że powinnam więcej warzyw. Bo nie jem ich prawie w ogóle. I nie chodzi o dwa plasterki pomidora na kanapce, ale o pomidor cały oprócz kanapki. Albo i dwa.

I że co najwyżej dwie kawy dziennie, kolejne zastąpić można zieloną herbatą. Ja zastąpiłam pokrzywą, bo lubię. A pokrzywa reguluje gospodarkę wodną organizmu. Bo kawa zabija poczucie głodu, co zasadniczo nie jest do końca sensowne, skoro głód wraca ze zdwojoną siłą.

No i że Coca Cola naprawdę nie jest zdrowa, ale to jakby wiedziałam już wcześniej. Bo kwas fosforowy. I że tego kwasu wypłukać nie można tak łatwo, a on sam wypłukuje wapń z kości. Na jedną puszkę Coli potrzeba 33 litrów wody. Przemówiło do wyobraźni. Choć nadal piję. O tyle dobrze, że Zero. No ale tak czy siak.

Zważyłyśmy mnie, a jakże, ale na razie czysto kontrolnie, dopiero w przyszłym tygodniu będzie prawdziwe ważenie i badanie zawartości tłuszczu w organizmie. I innych takich. Wtedy też mam dostać pierwsze przymiarki diety. Na razie wiemy, że będzie 5 posiłków i szósty opcjonalny wieczorem, 3 godziny przed snem. Ustaliłyśmy bardzo konkretne godziny. Wiemy również, że ja nie lubię gotować (to znaczy, ja to wiedziałam już od jakiegoś czasu, a Karolina dowiedziała się w poniedziałek). Ale zeznałam, że skoro chcę schudnąć, to może się trochę zmuszę. Trochę. I wiemy też, że ostatnio się ruszam, ale spokojnie mogłabym więcej.

Najważniejsze więc zalecenia na ten tydzień to: warzywa, sport i mniej śmieciowego jedzenia.
Staram się jak mogę, średnio mi idzie. Akurat sportu było mniej, bo na jeden trening kravki nie poszłam, a z warzywami jeszcze się nie pokochałam. Ale robię przymiarki, mierzę się z własną niechęcią do gotowania i z brakiem wyobraźni kulinarnej. I zjadam całego pomidora do kanapki. I udało mi się nie zjeść żadnej krówki w tym tygodniu, co jest wyczynem, gdyż mamy ich kilkadziesiąt kilogramów w pracy, w postaci krówek reklamowych.

Dzielna jestem, prawda? ;)

W niedzielę biegłam w She runs the night, 5-kilometrowym biegu nocnym wyłącznie dla kobiet. Sama idea wydawała mi się ciekawa, bo kobiet biegających jest coraz więcej. Zresztą akurat 5 km to dystans, który można zrobić bez przygotowania. I rzeczywiście się udało. Czas miałam lepszy niż wtedy, gdy jeszcze biegałam regularnie, bo 35:41, jestem z siebie całkiem zadowolona. Problem w tym, że czułam się tam kompletnie nie na miejscu, choć kobietą przecież jestem. Być może nie byłam targetem tego biegu i nie powinnam się dziwić, że prowadzący mówili do nas "podskakujemy, dziewczynki!", ale jednak mnie to raziło. Nie dość, że bieg zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem, o czym nikt wcześniej nie poinformował, to jeszcze czułam się traktowana, jakbym miała lat trzynaście, długie warkocze, podkolanówki, ewentualnie tipsy na rękach i różowe spodenki. Jestem przekonana, że na męskim biegu nikt by sobie nie pozwolił na tak protekcjonalne teksty do uczestników.

No więc szkoda. Bieg mógł być fajną imprezą dla świadomych siebie kobiet, a stał się marketingowym spędem różowych dziewczynek, poganianych i infantylizowanych na każdym kroku ("no biegnijcie, biegnijcie, kochane!") i przyczynkiem - nie bez powodu - do wkurzenia kierowców wracających w niedzielny wieczór do stolicy i pewnie też części facetów biegaczy, niejako zaskoczonych taką dyskryminacją. To przecież prawda, co napisał jeden z moich znajomych na fejsie, że gdyby zrobić bieg tylko dla facetów, to środowiska kobiece by tego nie przeżyły. Podejrzewam, że położyłyby się rejtanem na ulicy, co by ich nie przepuścić.

Tymczasem dzisiaj jadę poza miasto, biorę prawdziwy rower dla dorosłych i będę udawać, że mam silne uda. Bo jadę z takimi znajomymi, co to mogliby robić jakieś biegi tytanów albo inne ultramaratony.  Pojechałam raz z nimi na narty i było mi wstyd, bo ja cienki bolek, a oni na czarnych trasach zaiwaniali raz za razem. Bałam się jak cholera na czerwonych nieco bardziej nachylonych, ale za to byłam we Włoszech, jeździłam po Dolomitach i czułam wiatr we włosach.

Myślę sobie, że życie jest piękne nawet wtedy, gdy człowiek się boi :) A dbać o siebie trzeba zawsze, bo jak ja o siebie nie zadbam, to nikt inny też nie będzie. Prosta zależność, prawda?
Dobrego weekendu!



5 komentarzy:

  1. o nie kochana, z czego jak z czego ale z krówek nie zrezygnuję nigdy!

    Wszystkiego dobrego:)

    OdpowiedzUsuń
  2. tak po czerwonym dywanie biegać, zamiast sunąć w szpilkach i sukni do samej ziemi...

    OdpowiedzUsuń
  3. Założę się, że gdyby target był starszy, organizatorzy by mówili "Miłe panie", co też jest niestosownym fraternizowaniem się. Poza tym cieszę się, że poszlaś i że akurat do Karoliny.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bieganie jest fascynujące i wciągające :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Też jestem na diecie choć bez dietetyka, ale moim celem również jest długofalowa zmiana nawyków. Mam nadzieję, że będziesz dzieliła się co ciekawszymi informacjami od dietetyczki, żebym też mogła przełożyć na siebie.
    Mam nadzieję, że nie obrazisz się na kilka rad z cyklu dobrej cioci, które jednak wdrażam u siebie :-)
    Co do słodyczy to w pierwszym rzędzie zamień je na owoce, teraz jest ich mnóstwo, a jeżdżąc rowerkiem z łatwością kupisz coś świeżego z rana.
    A żeby polubić warzywa - to warto chwilę poświęcić żeby je dobrze przyrządzić i wtedy myślę że je pokochasz - a teraz jest najlepszy moment bo na bazarku znajdziesz niesamowitą ilość ciekawych warzyw, tak że aż szkoda nie skorzystać.
    A do inspiracji polecam naprawdę rewelacyjną książkę kucharską - z przepisami na przepyszne potrawy: odchudzająca książka kucharska - marek bardadyn. Dla mnie w szczególności łosoś na zielonej fasolce szparagowej okazał się hitem sezonu :-) Ta książka udowodniła mi że coś niekoniecznie kalorycznego może być jednocześnie czymś przepysznym.
    Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń