czwartek, 20 czerwca 2013

129. Nic się nie zmieniłaś

Na początku tego tygodnia miałam dość niezwykłe spotkanie.

Umówiłam się bowiem ze swoim nauczycielem z piątej klasy, a konkretnie z CM2 w niewielkiej szkole podstawowej w Alzacji. Pan Baldeweck przyjechał z żoną na pielgrzymkę do Polski i spotkaliśmy się na jakieś półtorej godziny, może dwie, w ramach ich kolacji w Warszawie.

Poznaliśmy się 25 lat temu, ostatni raz widzieliśmy się dwa lata później, gdy wyjeżdżałam z Francji. Swoją drogą dziwnie mi pisać o ćwierćwieczu, skoro mam raptem 35 lat. Próbowaliśmy utrzymywać kontakt. Najpierw pan Baldeweck wysyłał mi listy i paczuszki do Polski, wrzucając do nich książki, co bym nie traciła kontaktu z językiem, słodycze, bo początek lat 90-tych nie był przecież różowy i jakieś prezenciki. Kiedyś, pamiętam, dostałam od niego perfumy. Miałam kilkanaście lat, może traktował mnie trochę jak córkę? Sam ma dwóch synów, trochę ode mnie starszych (moja siostra chodziła do klasy z młodszym z nich), żonatych i dzieciatych.

Kontakt nam się trochę urwał, gdy stawałam się dorosła, ale już na samym początku mojego funkcjonowania w internecie odnalazłam jego żonę, na stronie szkoły podstawowej, w której ona uczyła. Nie byłam pewna, czy to ona, ale napisałam. Odezwała się, zachwycona tym naszym wirtualnym spotkaniem. Pan Baldeweck nie korzysta z internetu, jego żona i owszem, zwłaszcza, że od 12 lat jest na emeryturze, więc ma wiele czasu. Być może wynika to z tego, że on ma coraz słabszy wzrok, a ona jest trochę jego oknem na świat. I tak od maila do maila, pisałyśmy do siebie przez te lata, ona mi opowiadała, co słychać w Alzacji, a ja jej opowiadałam, co jakiś czas, jak tam się moje życie toczy. Czytała to potem na głos mężowi i spisywała jego reakcje. Parę lat temu, pani Baldeweck trafiła na Facebooka i od tego czasu mamy stały kontakt.

Kiedy raz przejeżdżałam autem przez Benfeld, ponad 10 lat temu, rodzinnie jeszcze i w drodze na południe Francji, nie zajechałam do nich. Jakoś było mi głupio, nie umówiłam się, nie miałam numeru. Trudno powiedzieć. I choć pokazałam miasteczko byłemu mężowi i bardzo młodemu wówczas synowi, a nawet udało nam się pokłócić na tyle skutecznie, że zostałam sama, bez kurtki, bez telefonu, bez pieniędzy nad lokalnym jeziorem na jakieś 2 godziny (a był to koniec marca), to nie dotarłam do p. Baldewecków. Zamierzałam to zrobić, skorzystać z nich jako opcji ratunkowej, ale były mąż się zlitował i wrócił po mnie. A potem już nie było okazji.

Rok temu mieli przyjechać na wycieczkę po Polsce, ale w przeddzień wyjazdu umarła siostra pana Baldewecka i odwołali wyjazd. I dopiero teraz się udało, wycieczka 70 osób (głównie emerytów) po polskich kościołach i miastach i oczywiście do Auschwitz.

Powspominaliśmy różne wydarzenia, siedząc przy stołówkowym stole restauracji hotelu dwugwiazdkowego na Wilanowie (całkiem niezłe jedzenie dostali, a nawet po Żywcu do tego). Podobno już wtedy byłam gadułą. Oraz kiedy poszłam do szóstej już klasy (pan Baldeweck uczył mnie tylko przez rok), do gimnazjum, to miałam okropną panią od francuskiego. I przychodziłam do p. Baldewecka z anegdotami. Ja ich nie pamiętam, ale on jak najbardziej. Kiedyś na przykład pani Schneider miała mieć wizytację na lekcji. Podeszła do mnie i powiedziała lodowatym głosem, że mam się nie odzywać i mam siedzieć cicho w czasie wizytacji, bo inaczej da mi popalić. No to siedziałam cicho. A ze mną cała klasa, mocno przerażona. Wizytator napisał, że klasa bez życia, cicha i nieaktywna. A byliśmy wówczas najbardziej głośną klasą w szkole.

Ja natomiast przypomniałam mu, że gdy miałam właśnie pójść do gimnazjum, to poradził mi, żebym na zgłoszeniu wpisała, że pochodzę z rodziny "dialektofońskiej", czyli mówiącej po alzacku w domu. Że dzięki temu dostanę lepszego nauczyciela od niemieckiego i będę w lepszej poziomem klasie. Tak też zrobiłam, nikt oczywiście tego nie weryfikował i byłam zapewne pierwszą Alzatką z nazwiskiem Cywińska ;)  Faktem jednak jest, że nauczyciele w tej klasie byli lepsi, poziom języków (pół klasy miało oprócz niemieckiego angielski) był wyższy, i ... jeszcze jedna różnica była znacząca, ale wiem, że podkreślanie jej jest dzisiaj mocno niepoprawne politycznie. Trudno, uznacie mnie za rasistkę. Klasy dialektofońskie nie miały obcokrajowców, a w szczególności dzieci z Maghrebu, których wówczas było bardzo wiele w Alzacji. I to sporo zmieniało w życiu klasy (wiem, o czym mówię, bo w piątej klasie mieliśmy ich siedmioro na 30 osób). Relacje z nimi nie należały do prostych, głównie dlatego, że chłopcy byli agresywni, a dziewczynki ... pachniały wyjątkowo nieładnie. Dzieciaki też były bardzo często nieobecne, z powodu jakichś świąt muzułmańskich, a w czasie Ramadanu (na szczęście Ramadan wypada najczęściej w czasie wakacji) były wręcz nieznośne. Wyobrażam sobie, jak trudna musiała być ich asymilacja, a nawet integracja w naszym alzackim, małomiasteczkowym i mocno zamkniętym środowisku. Nie udało mi się poznać żadnej z tych osób bliżej, nie pchałam się, bo węch mam wrażliwy, ale tajemnicą Poliszynela było to, że w klasach bez dzieci pochodzenia arabskiego, poziom jest wyższy, a lekcje WFu przyjemniejsze.

Pan Baldeweck wiedział, co robi. Ja tę świadomość nabrałam dopiero po latach. Byłam blondynką o jasnej cerze i nie uważano mnie za obcą. Zwłaszcza, że oceny miałam bardzo wysokie, a skłonności liderskie od kołyski. Tam to się ceni. Kultura sukcesu.

Tymczasem kiedy tak rozmawialiśmy sobie przy stole w poniedziałek, w którymś momencie włączyła się do rozmowy pewna pani siedząca dwa krzesła dalej.
- Czy Ty jesteś Maria? Czy grałaś może na flecie?
Tak, oprócz swojego nauczyciela z podstawówki spotkałam jeszcze panią, która mnie uczyła grać na flecie altowym. Jeździłyśmy na konkursy razem. Ona mi akompaniowała na pianinie, a ja piszczałam sobie różne barokowe i skoczne utwory. Po dziś dzień mam je w palcach.
Musi wiele razy je wówczas grałam.

- No tak, Mario, mówiłaś do mnie per Ty, a teraz per Pani się do mnie zwracasz - powiedziała z pretensją.
- Ojej, przepraszam, nie pamiętałam. To wina moich rodziców.
- Dlaczego?
- Za dobrze mnie wychowali.

Kiedy już wychodziliśmy z restauracjo-stołówki, Pan Baldeweck się uśmiechnął:
- Ludzie się mnie pytają, kim jesteś.
- Niech Pan mówi, że jestem Pana "copine" [francuskie wieloznaczne słowo na koleżanka, czasami dziewczyna]. Że Pan mnie poznał, zanim poznał żonę - uśmiechnęłam się do tej ostatniej, idącej z nami.
- Nic się nie zmieniłaś, Mario. Ciągle ta sama dziewczynka, która potrafi rozśmieszyć na zawołanie - skomplementował mnie.
Chwalili się mną wszystkim obecnym, a w szczególności księdzu wikaremu z Benfeldu, który do mnie przemówił czystą polszczyzną. No tak, Polak im się trafił w parafii. Lokalnych zabrakło ;)

Tylko na jedno pytanie pana Baldewecka nie potrafiłam odpowiedzieć z sensem.
- Dlaczego nie poszłaś na studia ścisłe? Przecież byłaś do tego stworzona.
- Ach, wie Pan, ludzie są bardziej interesujący niż jakaś chemia albo biologia. W naukach ścisłych trzeba po prostu znaleźć odpowiedź. Tak albo nie. A z ludźmi to nigdy nic nie wiadomo.

No ale tak naprawdę, to nie wiem, czemu nie poszłam.



(na zdjęciu pracownia chemiczna w amerykańskiej szkole mojego syna)  



1 komentarz: