piątek, 7 czerwca 2013

125. Codzienność mnie dopadła

Dziecko w domu, życie nabiera nieco innego tempa.
Smakujemy czas, jaki mamy dla siebie, zwłaszcza, że przecież w ciągu dnia ja pracuję, a i popołudniami miewam jakieś plany i spotkania. On zresztą też.

Wczoraj rozpakował i porozkładał zakupy. Dzisiaj zrobił naleśniki. Jutro zamierza mi lampkę w łazience podłączyć. Tak, wiem. Bez dwóch zdań 15 lat temu trafiłam na dość dobry egzemplarz. Miałam dużo szczęścia.

Tymczasem odkryliśmy, jak trudno jest kupić w Warszawie bilet miesięczny, gdy się nie chodzi tutaj do szkoły. Najdłuższy czasowy, jaki można kupić w automacie, to 3-dniowy. Nie ma już tygodniowych (a szkoda). Miesięczny wymaga posiadania spersonalizowanej karty imiennej. Tę kartę zamawia się przez internet i za dwa dni można ją odebrać. Żeby jednak zakodować na niej bilet ulgowy, należy wylegitymować się legitymacją szkolną, której mój syn z przyczyn oczywistych nie ma. Można również okazać kartę ISIC, ale tę kartę załatwia się w miejscu zamieszkania (i tam też musi zostać wysłana, gdy się zamawia ją przez internet).
Bilet miesięczny dla dorosłych kosztuje 100 zł.
Bilet na okaziciela dużo dużo więcej.

W związku z powyższym pożyczyliśmy dzisiaj rower od mojej przyjaciółki i zamierzamy być eko. Oboje. Ja na Stridzie, on na rowerze ;)

A poza tym to zajrzałam w końcu na kartę kredytową. Nie jest fatalnie. Postanowiłam więc, że  podliczę sobie wszystko precyzyjnie, co by wiedzieć, ile poszło na benzynę, ile na ubrania i inne gifty, a ile wydałam tak po prostu. Będę to spłacać dość długo, ale nie przekroczyłam nadmiernie planowanego budżetu (jeśli można w ogóle mówić o jakimś budżecie).


- to gdzie planujesz pojechać za rok? - spytała przyjaciółka
- za rok to ja bym chciała być w Kalifornii - odparłam odruchowo.

No chciałabym.


1 komentarz: