wtorek, 4 czerwca 2013

124. Krav maga

notka dedykowana Laurze

Boli mnie dosłownie wszystko.
Nogi, uda, kolana, piszczele, ramiona, kark, klatka piersiowa, łokcie, przedramiona i nawet brzuch pobolewa. Siniaki mam na tyle wielkie, kolorowe i piękne, że w sumie dobrze, że nie mam męża ani partnera, bo mógłby mieć kłopoty. Ten na prawej piszczeli (siniak, nie mąż) ma już z 15 centymetrów średnicy, wczoraj został bowiem poprawiony, acz nie bardzo wiem kiedy. 

Poprawiony, bo miałam egzamin. 
Z krav maga, rzecz jasna. 

Od 18tej ćwiczyliśmy na sali gimnastycznej stanowczo za małej jak na tę liczbę ćwiczących (kilkadziesiąt osób na pewno, może nawet setka). Skończyliśmy po jakichś czterech godzinach. Z przerwami bardziej niż krótkimi. Masakra, mówię Wam, trening w saunie o zapachu męskiego potu. Podłoga (drewniana) była mokra i śliska. A gdy ćwiczyliśmy duszenie w parterze, to ktoś mi stanął na włosach. I w nos dostałam raz porządnie. Radości wiele.  

No ale - first things first - zdałam!!!! Zdałyśmy wszystkie. I te dziesięcioletnie dziewczynki też. Na ten sam stopień, co my. P1. (tak, mnie również przeszło przez głowę, że gdybym zaczęła ćwiczyć, gdy byłam w ich wieku, to teraz byłabym nie tylko wysportowana, ale jeszcze dużo bardziej zaawansowana, albo co. No ale nie zaczęłam.)

Ze sportem u mnie bywało różnie. Miałam 6 lat, gdy zaczęłam bywać na jakichś zajęciach gimnastycznych, szpagat potrafiłam zrobić i sznurek też. Fikołki, te sprawy. Potem judo było, ale przestałam chodzić, bo mnie głowa bolała. Żółtego pasa nie zrobiłam. W trzeciej i czwartej klasie był basen raz w tygodniu, wieczorami. Z rodzeństwem. Jako 11-12 latka całkiem sporo ćwiczyłam, już we Francji. Miałam gimnastykę artystyczną kilka razy w tygodniu i choć sukcesów nie odnosiłam żadnych, zapewne z powodu totalnego braku koordynacji i stanowczo za długich kończyn, to potrafiłam zrobić fikołek na równoważni i kilka gwiazd jedną po drugiej. I różne inne dziwne rzeczy. 

Potem jednak przyjechałam do Polski, a tu jakoś ze sportem było kiepsko, przynajmniej w moim otoczeniu. Więcej czasu spędzałam w kościele niż na boisku, a co dopiero na sali gimnastycznej. W szkole średniej grałam w siatkówkę, wzrost oblige, ale szybko wykryli mi Scheuermana w kręgosłupie, albo coś równie dziwnie brzmiącego i kazali przestać. Z panią od WFu wynegocjowałam, że będę miała piątkę na świadectwie maturalnym, jeśli nie przestanę chodzić na SKS w sobotę i będę pomagać reprezentacji szkoły w siatkówce. No to chodziłam. Czasami. 

Następnie studia, obowiązkowy WF, jakaś siłownia chyba i korektywa, bo zawsze miałam krzywe kolana. Ale szybko zaszłam w ciążę (to też sport?). Z rocznym dzieckiem jeździliśmy na wyprawy rowerowe, po kilkadziesiąt kilometrów dziennie, ale od tego nie ma się jakiejś wybitnej kondycji, co najwyżej grube łydki. Zresztą już wtedy miałam kłopoty z tarczycą i całkowity brak energii na cokolwiek, a co dopiero na sport. Dziękowałam bogu, że mieszkam na parterze, bo na trzecie piętro bym się nie wspięła. 

Moje pierwsze regularne ćwiczenia to bieganie, parę lat temu, udało mi się zrobić trzy biegi miejskie po 10 km. Najbliższy bieg w niedzielę, 5 km nocą dla kobiet. Potem zaczęłam chodzić na basen - zawsze kochałam wodę. No i teraz krav maga. Od lutego.

I to był strzał w dziesiątkę. Jest to sport idealnie stworzony dla mnie. Mogę nareszcie rozładować swoją energię, mogę nauczyć się kontrolować swoje odruchy i kierować swoją siłę dokładnie tam, gdzie tego chcę (z tym mi idzie jeszcze różnie, dziewczyny poświadczą... Gosiu, nie chciałam! Ten siniak na piszczeli był całkowicie przypadkiem!!!).

Uczę się technik, które mogą mi kiedyś ułatwić ucieczkę albo nawet mnie uratować. I uczę się wytrzymałości. Na ból, na zmęczenie, na dekoncentrację. Krav maga wymaga zresztą nie tylko siły i zwinności, ale również inteligencji i spostrzegawczości. A dodatkowo mogę się napierdalać z koleżankami i kolegami i mieć z tego ogromną przyjemność. Siniaki są swoistymi trofeami. Szczególnie teraz, na początku. Natomiast świadomość tego, że potrafię coraz więcej i mam coraz lepszą kondycję i że kiedyś na pewno dam radę zrobić chociaż tę jedną pompkę, a może nawet pięć - no więc ta świadomość jest uroczo motywująca do dalszych ćwiczeń. 

Więc kiedy wczoraj, po trzech godzinach ćwiczeń, mieliśmy się podzielić na trzech atakujących i jednego broniącego, to zgłosiłam się pierwsza na rolę rodzynka, i popędzałam swoje koleżanki, żeby mnie lepiej dusiły i waliły. Bo ciągle było mi mało. Patrzyły na mnie jak na debilkę i wcale im się nie dziwię.  

Krav maga to pierwszy od jakichś 20 lat sport, który naprawdę lubię. 
I nie ćwiczę, żeby schudnąć. Nie biegam, bo za bardzo lubię jeść. Nie chodzę tam z poczucia obowiązku i powinności. Lecę jak na skrzydłach (a konkretnie to jadę na rowerze, ale wizja skrzydeł do mnie bardziej przemawia. Przyjmijmy roboczo, że jest to rower ze skrzydłami, dobra?) i w swoim kalendarzu bardzo chronię tych terminów. 

We wtorki i czwartki nie mogę, bo mam kravkę. 




2 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ładny post. No i mam nadzieję, że za tę wielokrotnie zmiażdżoną krtań się na mnie nie gniewasz... :)

    OdpowiedzUsuń