poniedziałek, 3 czerwca 2013

123. Młody zostaje tam

Przyleciał.

Skończył rok szkolny, zdał wszystkie egzaminy ("finals") i zaliczył ostatnie koncerty z orkiestrą i zespołami, w których gra na perkusji i innych kotłach, bębnach oraz wibrafonach. Leciał samodzielnie, bo jego ojciec musiał być wcześniej w Polsce. Martwiłam się tylko trochę - przecież kiedy się ma 15 lat, taki lot jest przede wszystkim przygodą, zwłaszcza, gdy we Frankfurcie jest przewidziana 3-godzinna przesiadka. Tymczasem nie wpuścili go do business lounge'u, choć miał odpowiednią kartę. Powiedzieli mu też, że jego rezerwacji nie ma w systemie, ale na szczęście zaraz znaleźli. Śmieszne - opowiadał o tym, jakby to było normalne. Zero nerwów. Niewiele stresu. Uwielbiam go za to.

Mówi, że się wynudził okrutnie, ale udało mu się zjeść frankfurterkę i frytki. Miał 10 euro na obiad.
- No i przydała się moja znajomość niemieckiego - pochwalił się, gdy wchodziliśmy do domu.
- A mianowicie?
- W samolocie powiedziałem do stewardessy "Wasser, bitte".

Przyleciał na 7 tygodni. W drugiej połowie lipca wraca do Houston i zabiera stąd kolegę, na 10 dni. A potem jeszcze dwa tygodnie na swobodne imprezowanie ze znajomymi i... zaczyna nowy rok szkolny. Tak, nie pisałam o tym wcześniej, ale podjęliśmy w kwietniu decyzję, że Młody zostaje w Stanach na 10tą klasę. Skoro jest taka możliwość i skoro firma chce za to płacić niemałe pieniądze, grzechem byłoby nie skorzystać. W Polsce nie ma takiej szkoły. I choć wiem, jakie krążą stereotypy o amerykańskim systemie edukacyjnym, to Młody trafił do dobrej szkoły międzynarodowej, z wysokimi wynikami w rankingach, ze znakomitą kadrą nauczycielską i bardzo rozsądnym sposobem wychowywania.

Nauki ma bardzo dużo, o niebo więcej niż w Polsce, bo tam nie ma możliwości, żeby się prześlizgnąć lub nauczyć tylko trochę. Towarzystwo jest bardzo międzynarodowe i dużo ciekawsze niż ta nasza warszawska młodzież z dobrych domów, with all due respect dla jednych i drugich. Widzę, że Młody się rozwija i że ma pasje, które w ten czy inny sposób są doceniane przez jego rówieśników. Widzę też, że w tamtej kulturze sukcesy są traktowane jako sukcesy, a nie jak kolejny powód do sarkastycznych komentarzy. Tam szkoła nie jest survivalem, gdzie wygrywa ten, kto potrafi najbardziej złośliwie się odgryźć lub najboleśniej skomentować. Tam w szkole należy się uczyć i nauczyciele dbają o to, żeby nie było za dużo czasu wolnego. A uczniowie są w zdrowy sposób ambitni i otwarci na nową wiedzę. Już teraz, po jednym roku szkolnym, słyszę od syna, że chce się uczyć, bo to jest ciekawe i sprawia mu przyjemność. Nawet jeśli jest też męczące i bywa trudne.

Rzecz jasna w takiej szkole życie towarzyskie kwitnie, jak w każdej innej - pierwsze miłości, pierwsze rozterki i różne inne małe wielkie dramaty. Kiedyś mi powiedział, że jest tak jak w filmach amerykańskich. Szafki na korytarzach, obiady przy wspólnych stołach, mecze drużyny szkolnej, bale i dyskoteki, albumy roczne i wspólne eksperymenty na biologii. I komórki trzeba zostawiać w szafkach w ciągu dnia, za to od 9 klasy musisz mieć własny komputer.

Momentami mam wrażenie, że Młody wylądował w swoistym internacie. Szkoła - dom. Dom - szkoła. Zwłaszcza, że Houston nie jest miastem, po którym można się szwendać i łazić po barach. Po zajęciach jedziesz do domu, masz jeszcze ze dwie trzy godziny nauki, a na imprezy jest ewentualnie czas w piątki. Po południu. Bo potem trzeba jeszcze jakoś wrócić. Być może ten układ się zmieni w 10 klasie, gdyż od 15 roku życia można mieć prawo jazdy, więc mobilność wzrośnie diametralnie z każdym kolejnym samochodem w klasie. Ale nauki na pewno nie ubywa. Wręcz przeciwnie. Więc jakoś się nie martwię.

No więc przyleciał. Na wakacje.
Urósł trochę, ma już ponad 170 cm.
Mówi, że szóstkę Weidera zaczął ćwiczyć przed egzaminami i chciałby skończyć.
Rozpakował się od razu i pochował rzeczy do szafy. Sam z siebie.
A w prezencie na Dzień Matki przywiózł mi ścieżkę dźwiękową z Wielkiego Gatsby'ego. Słuchaliśmy razem i tłumaczył mi różnice między dubstepem i abstrakcyjnym hip hopem jazzowym. Czy jakoś tak.

(this post has been reviewed and approved by the main character)

Na lotnisku. W Warszawie. 


1 komentarz: