piątek, 31 maja 2013

121. Zawyżam wyniki

Jakieś dziwne rzeczy ostatnio robię. Nie wiem, czy to wynika z mojej odwiecznej potrzeby wyróżniania się (zainicjowanej lata temu przez naturalny wzrost, nieco nadmierny, która to dziwaczność rozlała się na inne sfery życiowe), czy też po prostu życie składa się z zaskakujących wydarzeń, które w sumie tworzą szczęście. Mam jednakowoż wrażenie, że moja codzienność odbiega nieco od takiej normalnej, gdy chodzisz do pracy, potem w drodze do domu robisz zakupy, gotujesz zupę i oglądasz polskie seriale na jedynce. Albo na dwójce. W sumie nie wiem, które lepsze.

Przede wszystkim ja nie gotuję. Ani zup, ani nawet drugiego dania. Za to zakupy zaczęłam jakieś dziwne robić. Najpierw ryby wędzone prosto z Mazur. Przyjeżdżają raz na dwa tygodnie jakimś fajnym facetem stamtąd, są świeże i pachnące. Facet podrzuca je do mojej przyjaciółki, skąd każdy sobie odbiera to, co zamówił parę dni wcześniej. Zapłata na konto.

Następnie trzeba zajechać po warzywa i owoce. Założyliśmy bowiem kooperatywę spożywczą. Dwie osoby jadą na giełdę do Bronisz, kupują hurtowo, zabierają też stamtąd za darmo to, co przeznaczone do śmieci (a całkiem jadalne, bo hurtownicy pozbywają się dużo wcześniej tego, co już nie sprzedają do sklepów), przywoża na Mokotów, wszystko jest ważone, pakowane i rozdzielane. W środę zabrałam swoją reklamówkę z pomidorami, pomarańczami i jabłkami, zawiesiłam na kierownicy i jakoś dojechałam do domu. Na szczęście niedaleko. Zapłata na konto, oczywiście też.

Wczoraj natomiast pojechałam na wycieczkę rowerową z kolejnymi zapaleńcami, których zdążyłam już pokochać. Zrobiliśmy 100 km do Czerska i z powrotem, deszcz nas nie złapał, a ja wymiękłam dopiero na Kabatach, gdy kręgosłup mi przypomniał, że mam chorobę Baastrupa, czy jak jej tam. Kość ogonowa wbijała mi się w nerw, ale jakoś do domu się doczołgałam. Na szczęście bolało tylko w pozycji siedzącej.

No i Krav maga. W poniedziałek mam egzamin na pierwszy stopień wtajemniczenia (P1) i na tę okoliczność we wtorek zostałam na drugiej grupie treningowej. W sumie 3 godziny treningu głównie technicznego, kiedyś bym zapewne umarła, a teraz miałam taki poziom endorfin, że mogłabym góry przenosić. Siniaków mam kilkadziesiąt, jeden z nich ma ponad 10 cm średnicy, ale kurde, czuję, że żyję.

Więc w sumie już niewiele mnie może zdziwić w moich różnych spotkaniach i zwyczajach. Nawet to, że wczoraj gościłam w domu troje wegan i jedyne, co mogłam im podać do jedzenia, to była suszona żurawina, oliwki, smażone pestki dyni i ewentualnie owoce, których i tak nie chcieli. Na szczęście wino jest wegańskie, więc daliśmy radę.

- Na ile procent jesteś szczęsliwa? - zapytał kolega gdzieś nad stawami w Zalesiu.
- Zależy zapewne od okoliczności, bo szczęście sie składa również z czynników zmiennych, ale pewnie tak średnio od 87 do 93% - odpowiedziałam półpoważnie i zostałam zakrzyczana przez grupę, że zawyżam wyniki, czy coś tam.

No zawyżam. Zawsze zawyżałam. A faceci, którzy twierdzą, że mają - tak jak ja - 183 cm, w zadziwiający sposób okazują się niżsi. Jeden po drugim. Więc albo oni kłamią, albo ja znowu urosłam :)


4 komentarze:

  1. Po pierwsze kłamią, po drugie może masz wyższe obcasy:-)
    Zawsze chciałam mieć te 180 cm, a tu masz.... wzrost siedzacego psa mi się trafił. Zazdroszczę...
    Matka-dzieciom - nie mogę wpisać mojego loginu na dole, to tu. Może wiesz jak to zrobić - bez logowania się gdzieś? Powinno być jeszcze kilka mozliwości podpisu, a nie ma.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zawyżaj, zawyżaj te statystyki! Miło się czyta blog, z którego optymizm się unosi i udziela :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. wiesz, już nie chcę Cię spotkać w realu
    (chciałam zawsze dociągnąć chociaż do 165)

    OdpowiedzUsuń
  4. Aj tam wzrost. Ja mam prawie 187cm i kiedys strasznie się tego wstydziem. Teraz "na szczęście" mam inne kompleksy ;-)
    Skoro nie gotujesz, znaczy to, że obiady jadasz w restauracjach? Ja robię tak od miesiąca mam serdecznie dość.
    Po pierwsze jest drogo po drugie nie zbyt zdrowo.

    OdpowiedzUsuń