niedziela, 26 maja 2013

119. Matka jest tylko jedna

Moja osobista i prywatna matka jest 300 km stąd na północ. Widziałyśmy się w tym tygodniu, więc nie tęsknię i jestem na bieżąco. Mój osobisty syn jest 9000 km stąd na południowy zachód. Widzieliśmy się na początku kwietnia, zobaczymy w przyszły weekend, tęsknię okrutnie, ale przecież cieszę się, że się rozwija i że jest mu dobrze. 

Jako matka i córka jestem zatem nieco zawieszona. Ale nie cierpię z tego powodu. Nie uważam zresztą macierzyństwa za najważniejszą rolę w swoim życiu. Jest piekielnie ważne ze względu na rozwój mojego syna, ale nie jest to jedyne zadanie, które mam do wykonania. 

Zaszłam w ciążę mające niespełna 20 lat. I teraz, z dystansu, już wiem, że wczesne macierzyństwo ma swoje zalety i wady. Wprawdzie zmusza do ekspresowego dorośnięcia i bardzo ogranicza na początku, ale za to daje dużo wolności po 30-tce, gdy siły nadal ogromne, a dziecko odchowane. Nie wiem, czy to jest lepsze, czy gorsze. Moja z natury optymistyczna dusza każe się cieszyć, acz jestem przekonana, że przeciętny maruder znalazłby same problemy wynikające z tego, że nie mogłam się bawić w czasach studenckich i nie zrobiłam potem oszałamiającej kariery. Jakoś nie zamierzam z tym polemizować - szkoda energii na coś, co tkwi tak bardzo w przeszłości.

Jeśli czegoś sobie dziś życzę jako matce, to chyba głównie tego, żebym podejmowała dobre decyzje, nawet wtedy, gdy są trudne i żebym ich nie podejmowała, ilekroć moje dziecko jest już wystarczająco dojrzałe, żeby samemu ponosić konsekwencje swoich wyborów. Żebym wiedziała, kiedy mogę i powinnam odpuścić, a kiedy należy narzucić silne i konsekwentne granice dla spraw najważniejszych.  
Oraz żebym zawsze umiała słuchać. 
Bo samo wymądrzanie się niewiele daje.

  



1 komentarz: