sobota, 25 maja 2013

118. Jakoś trzeba dalej żyć

Przeszłam się dziś ze Śródmieścia do domu pieszo, jakieś 5-6 kilometrów, w sam raz na popołudniowy spacer. Jednym z nabytków z podróży jest potrzeba łażenia. Zawsze lubiłam chodzić, ale teraz jest to stanowczo silniejsze. Nosi mnie bardziej. I niech już tak zostanie. 

W mieście chmara młodzieży, jak sądzę Orandżowej. Fajnie się na nich patrzy. Niektórzy w kaloszach, inni w trampkach, jeszcze inni w glanach - myślę, że przekrój ludzi będzie całkiem spory i nawet trochę żałuję, że nie dotrę na Beyonce, bo podobno robi całkiem niezłe koncerty. Ale jakoś się nie zebrałam w sobie i karnetu nie kupiłam. Może mi było szkoda kasy? Nie pamiętam.   

Idąc tak Marszałkowską wyobraziłam sobie, że jestem w obcym mieście, że nadal jestem w podróży i próbuję chłonąć to, co jest do wchłonięcia. Zobaczyłam więc panią z pieskiem, do której się uśmiechnęłam, ale ona niestety nie bardzo zrozumiała ten mój Eksperymentalny Sygnał Dobra. Zobaczyłam fajną parę nastolatków, takich jakby z innej bajki, z mojego świata 20 lat temu. Zakochani i kompletnie nieobecni. Był też kotek na murku obok przedwojennej nieotynkowanej kamienicy na Odolańskiej, ale niestety uciekł zanim zdążyłam uruchomić aparat w telefonie. Był pan po 40tce, który biegał na nowym boisku pod liceum Reytana. Muszę tam się wybrać któregoś wieczoru, bo mają niezłą nawierzchnię na bieżni - z pewnością zdrowszą niż asfalt na ulicach i beton na chodnikach. Jakoś dawno nie biegałam, swoją drogą. 

A dzięki tablicy ogłoszeń przy kaplicy karmelitów dowiedziałam się, co jest w życiu ważne i zrobiłam temu zdjęcie, żebyście i Wy wiedzieli. 

Zobaczyłam wreszcie siebie, uśmiechniętą, w trampkach i kurtce przeciwdeszczowej, z słuchawkami na uszach i związanymi w kucyk włosami. I pomyślałam nieco infantylnie, że przecież nie muszę być w Kalifornii, żeby odkrywać nowe lądy i że mój tamtejszy stan ducha na pewno da się przenieść na rodzimy grunt. Wprawdzie pogoda nie do końca podobna, i klimat trochę gorszy, i jedzenie z pewnością mniej słoneczne i ludzie marudliwi. I mężczyźni niżsi. Ale za to miasto ładniejsze, ciekawsze, z historią i energią. Przyjaciele na wyciągnięcie ręki. I świadomość, że tutaj mogę nieco więcej niż tam. 

Tak, wiem, to są racjonalizacje. 
Ale jakoś trzeba dalej żyć, nie? 


4 komentarze:

  1. a ja mam wrażenie, że odkrywasz siebie nową, co?:)))) To fajne takie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Najbardziej podoba mi się powód 6 :)

    OdpowiedzUsuń
  3. skarb genetyczny rodu mnię rozjechał ;)))

    OdpowiedzUsuń
  4. a kampanię "im jest więcej tym weselej" widziałaś? ;)
    nie wiem czy stan ducha z podróży da się przenieść na codzienność. tu chyba nie do końca chodzi o miejsce i klimat. raczej o poczucie nic-nie-muszę, dostępne głównie na wakacjach...
    ale trzymam kciuki.

    OdpowiedzUsuń