czwartek, 23 maja 2013

117. Jak singielka to rozwiązła, prawda?

Napisałam notkę o dobrym rodzicielstwie i planowałam Was nią uraczyć.  Przyjaciółka jednak oceniła, że jest to tekst dobry na edziecko, a nie na blog młodej singielki i żebym nawet nie próbowała. Wierzę swoim przyjaciołom, więc nie będę Was zanudzać.

- Z trzewi pisz, to się najlepiej czyta - mówi M. i ma rację. Ale jak pisać o seksie, kiedy tylu znajomych tu bywa:) Przecież nie wypada, nawet jeśli seks singielki to ciekawy temat - skoro nie ma jednego stałego partnera, to na pewno jest rozwiązła, nie? 

No więc tak, przyznaję, rzadko mnie boli głowa. Jestem coraz bardziej liberalna i lekko hedonistyczna.  I co gorsza, nie wstydzę się tego. A że zostałam wychowana w rodzinie mądrze katolickiej i dość konkretnie patriarchalnej, to tym bardziej takie wyznanie może gorszyć (czasami myślę sobie, że powinnam była się urodzić w jakiejś hipisowskiej komunie, bardziej bym pasowała). 

A, i jeszcze egoistką jestem. Dbam o siebie, bo wiem, że jak sama tego nie zrobię, to nikt się mną nie zajmie.  Zresztą to, co niektórzy nazwą egoizmem (mniej lub bardziej zdrowym), inni będą głosić jako pracę nad sobą. Granica jest bardzo płynna. Korzystam z tego. Wszystkim mówię, że to ciężka praca nad rozwojem własnym.  

Jeden pan, zapoznany na portalu randkowym, pisze do mnie, prawie że w pierwszych słowach swego listu, że może mi zaproponować przyjaźń, i być może zostaniemy kochankami, ale związku z tego nie będzie i chciałby to z góry zaznaczyć. Jeszcze zanim się spotkaliśmy na żywo. Nie, nie jest żonaty, ale aktualnie ma taką potrzebę wolności. A mnie to w sumie interesuje - do którego momentu byłaby przyjaźń z ewentualnym seksem, a od którego momentu związek, którego on nie chce. Jak on to definiuje oraz co byłoby tym czerownym światłem, za które już mnie nie wpuści. Po łapach mi da i powie do widzenia. I gdybym była bardziej gruboskórna i wyrachowana, to zapewne spróbowałabym. Dla hecy. Coby sprawdzić granice tego pana. 
Ale znam niestety swoje własne i toksycznych relacji miałam już wystarczająco w życiu, więc raczej się z nim nie spotkam. Bo i po co. 

Inny pan pisze do mnie z daleka. Ma drugą już żonę, ona go nie rozumie, wcale ze sobą nie śpią. Z czwórką dzieci widuje się rzadko, bo są w innym kraju. Bywa w Polsce, jest mną zachwycony i chciałby się spotkać. Przygląda się moim zdjęciom i napatrzeć się nie może. A ja mu odpisuję, już po raz kolejny, żeby się nie nakręcał, bo mnie facet żonaty i kilka tysięcy kilometrów stąd jest nieszczególnie potrzebny do szczęścia, a zakochiwać się nie zamierzam. Ale fajnie pisze, inteligentny jest, i to jest kuszące. Nie wiem, czy sie z nim zobaczę. Nie wykluczam, choć perspektyw to żadnych nie ma. 

No właśnie. Perspektyw. 
Czy do seksu potrzebne są perspektywy? Chyba niekoniecznie. 
A czy miłość jest warunkiem dobrego seksu? No skądże!

Mówią, że w kobiecie wyzwala się oksytocyna i potrzeba więzi, i czasami wystarczy jeden stosunek, żeby ona już wizualizowała sobie domek, dzieci, pieska i robienie obiadków. Nie znam za dużo takich kobiet, przynajmniej w swojej kategorii wiekowo-rozrodczej, ale kto wie, może istnieją. 

(i tak na marginesie naprawdę nie rozumiem, czemu kościół katolicki stawia na takim piedestale całą sferę seksualną człowieka, do tego stopnia, że jeden tylko seks jest zakazany przed ślubem. Nic innego. Tak jakby był najważniejszy, zakazany owoc. Bez sensu)

No więc wracając do postaw życiowych - czy kobieta, która sobie wybiera facetów w zależności od kryteriów i upodobań, a następnie wrzuca ich w odpowiednie przegródki - ten do łóżka, ten na imprezę, a ten do domu - czy taka kobieta jest rozwiązłą dz.wką,  ma zaburzoną i niedojrzałą osobowość czy może jednak jest świadoma swoich potrzeb, wie, czego chce od życia i od facetów i póki co, nie jest to ani małżeństwo ani wspólne zamieszkanie, ani nawet poznawanie swoich rodziców i innych krewnych?
Bo przecież jeśli któryś trafi się na dłużej, to znakomicie, ale póki go nie ma, to czy jedyną alternatywą jest grzeczne czekanie w domu? 

Wydaje mi się, że póki nikogo się nie krzywdzi i nie wprowadza w błąd, to zasadniczo wszystko jest ok. Jeśli obie strony są świadome i tego chcą. Jedyny problem chyba w tym, że ludzie lubią się samooszukiwać i żyć złudzeniem czegoś, czego nie ma. Bo co z tego, że żadnej się nie udało go usidlić, ja na pewno będę tą pierwszą. I przy mnie on się zmieni. Ha ha i ha. No i ten przeklęty obraz rycerza na białym koniu, który prześladuje czasem nawet mnie, teoreytcznie silną babę. 

O rozwiązłości jedno wiem na pewno - im mniej poczucia winy i przywiązania do szeroko rozumianych norm społeczno-katolickich, tym seks jest radośniejszy i przyjemniejszy.

Czego Wam i sobie życzę :) 


2 komentarze:

  1. Doskonała fota! To Ty na niej jesteś ? :)

    co do meritum - się wcale nie znam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. NIe, to ja ją robiłam ;)

    OdpowiedzUsuń