poniedziałek, 20 maja 2013

114. Pierwszy list napisał po 5 latach

Na corocznym spotkaniu rodzinnym była wczoraj tylko część zstępnych od Dziadka Łoskota, ale i tak ekipa zebrała się zacna. Ze dwa lata temu wyszło nam z 50 potencjalnych obecnych, a od tego czasu nowe dzieci się pojawiły, więc mogę spokojnie zeznać, że mam dużą rodzinę.
I to tylko od strony matki.

Z Kościoła św. Wojciecha na Woli, w którym Dziadek wykonał witraże i freski, zabrałam się autem z Wujkiem, bratem Mamy. Wykorzystał drogę, żeby mi opowiedzieć historię pradziadka Janka. Pradziadek urodził się na jakiejś wsi pod Zamościem i w wieku 13 lat uznał, że chce rozwijać się muzycznie, więc wyjechał do Warszawy i zerwał kontakt z rodziną. Pierwszy list napisał po 5 latach, gdy już grał w orkiestrze. Wpierw na skrzypcach, docelowo na wiolonczeli. Zaprzyjaźnił się z prababcią Stasią i nie miał jej zbyt wiele do zaoferowania, a ona wychowywała się w czymś w rodzaju rodziny zastępczej, dość zamożnej. Miała lekcje muzyki i innego savoir vivre'u, acz wykształcenia wielkiego nie odebrała. Nie do końca wiadomo, skąd się ta rodzina zastępcza wzięła. Albo ojcem był jakiś prominentny oficer rosyjski, który musiał wyjechać, albo coś innego. Wujek mówi, że jej biologiczną matką była pierwsza naczelniczka urzędu pocztowego. W sensie, że kobieta naczelniczka. Ale nie mam pojęcia, jak to sprawdzić.

Prababcia Stasia zeszła się z pradziadkiem, bo nie bardzo było w kim wybierać po I wojnie światowej - rzecze Wujek. A może była zakochana, w końcu taki wiolonczelista to fajna sprawa, nie? Mieli dwóch synów, którzy zginęli w Powstaniu Warszawskim i jedną córkę, a moją Babcię. Pradziadek wyniósł się po wojnie do Zamościa, a potem do Zielonej Góry bodajże, bo w Zamościu nie był w stanie się przebić przez szklany niepartyjny sufit. Po jego śmierci prababcia Stasia wróciła do Warszawy i żyła całkiem długo. Gdy już chciała umrzeć, w wieku 87 lat bodajże, poszła sobie pieszo do szpitala, bo się nie najlepiej czuła i jakieś krwotoki wewnętrzne miała, położyła się na łóżku szpitalnym, ułożono jej ręce na poduszkach, żeby jej było wygodnie i taką ją też zastano rano. Mówią, że jak zaplanowała, tak zrobiła.

Drugi pradziadek, Wincenty Łoskot, był aktorem, mieszkał z prababcią (aktorką, z Madziarów) na Mokotowskiej i tam też Dziadek Łoskot poznał się z Babcią, w kamienicy, w czasie wojny, bo godzina policyjna zmuszała do mocno lokalnego imprezowania. Pobrali się w kościele św. Aleksandra, w 1943 bodajże. Mieli pięcioro dzieci, w tym moją mamę, dwanaścioro wnuków, w tym mnie, i do dzisiaj dwadzieścioro czworo prawnuków (oraz co najmniej jeszcze jedną prawnuczkę w drodze). Pomieszkiwali tam, gdzie Dziadek miał pracę przy witrażach, do Wwy wrócili dopiero w 1960 roku, ale za to od razu na Kredytową. Mama opowiadała, że plac Dąbrowskiego był wówczas dość konkretnie zaminowany i że jakiś jej kolega z podwórka okupił zabawę brakiem kończyn.

Dzisiaj w większości nadal mieszkamy w Warszawie. Spotykamy się raz do roku, za każdym razem rozpoczynając od mszy w jednym z kościołów Dziadka. Co roku mam kłopot, żeby rozpoznać, które dzieci są czyje, ale jakoś się uczę. Powoli. Lubię się czuć elementem większej całości. A po każdym takim spotkaniu moja potrzeba przynależności jest całkowicie zaspokojona.

Mam moc.






2 komentarze:

  1. uwielbiam słuchać opowieści o przodkach. trzeba słuchać, póki ma kto opowiadać.

    OdpowiedzUsuń
  2. W niedzielę "widziałem" najmłodszą prawnuczkę :-) a mozaiki w kościele św. Teresy we Włochach bardzo polecam - świetne są!

    OdpowiedzUsuń