niedziela, 12 maja 2013

109. Przy niedzieli

Już ponad tydzień temu wróciłam i trochę niestety już się przyzwyczaiłam do Polski. Piszę "niestety", bo wiem, że każde przyzwyczajenie mnie oddala od tej świeżości w postrzeganiu mojego miasta, którą to świeżość miałam jeszcze chwilę temu, a jeszcze bardziej mnie oddziela od tych wszystkich postanowień i marzeń, z którymi przyjechałam.

Dlatego chcę do nich wrócić. Do planów, które sobie wykoncypowałam w drodze. I będę je metodycznie realizować. Nie da się napisać książki bez konsekwencji i regularnej pracy. Przynajmniej ja nie umiem i Masłowską nie jestem. Trzeba zatem zaplanować, ogarnąć konkretne godziny pisania i powoli, krok po kroku, krok po kroczku, wypełniać plan.

Tymczasem przy okazji niedzieli przypomniały mi się dwie nurtujące mnie myśli natury religijnej. Wychowałam się jako katoliczka i przez wiele lat byłam bardzo blisko Kościoła Katolickiego. Ostatnio nam się dość konkretnie rozeszło, ale to nie zmienia faktu, że cały mój bagaż religijny czerpię głównie z polskiej wersji katolicyzmu. Kiedy miałam jakieś 13 lat, fascynowała mnie pewna logiczna nieścisłość. Pytałam pewną siostrę zakonną raz po raz, jak to jest możliwe, że Pan Bóg oczekuje od nas spowiedzi, skoro nie tylko wszystko o nas wie, to jeszcze kocha nas tak bezgranicznie, że i tak nam wybaczy. A także, jak to jest możliwe, że w Starym Testamencie jest napisane, że "Bóg pożałował, że stworzył człowieka" (Rdz 6;5)  - jeśli On jest wszechwiedzący, to w chwili tworzenia człowieka powinien wiedzieć, że kiedyś tego pożałuje i nie powinien go w takim razie tworzyć.
Siostra była nieco skonfundowana i próbowała mi wyjaśniać różnice między dosłownym rozumieniem Pisma Świętego, a wiarą oraz coś mówiła o tym, że Pismo jest napisane przez ludzi i z tego tytułu zapewne pisane nieudolnie. Czy jakoś tak, dokładnie nie pamiętam.

Już jako dorosły człowiek zastanawiałam się też nad niebem i życiem po życiu. "Cwaniary" Sylwii Chutnik mi o tym przypomniały. A mianowicie, jeśli w niebie ma być tak wspaniale, z pełnią i całkowicie, to znaczy, że będziemy tam mieli wszystko to, czego potrzebujemy, o czym marzymy, co jest dla nas ważne. A przecież do nieba idziemy sami, bez przyjaciół, rodziny, najbliższych, którzy zostają na ziemi, gdy nas już zabierze. Czy zatem w niebie nie będziemy tęsknić do tych, co jeszcze żywi, bo nam opcję tęsknoty wyłączą, czy może jest tam zakrzywienie czasoprzestrzeni i ci najbliżsi i tak będą z nami, czy może jest jakaś opcja, której nie ogarniam. Bo tęsknota jest - moim zdaniem - uczuciem, które nie przynależy do nieba. A przyjaciele zostaną tutaj.

I takie właśnie dziwne myśli mnie napadają, gdy idę po trzecie piwo w sobotni wieczór, w miłym lokalu w centrum Warszawy. A potem okazuje się, że pada deszcz.

(zdjęcie zrobione na stacji benzynowej w Teksasie)

2 komentarze:

  1. nie "filozuj" Lumpiata:) nad oczywistą oczywistością;)
    Widzę, że pomimo iż dzieli nas różnica wieku dość istotna (tylko, dlaczego na Twoją korzyść?!;)) to przemyślenia dotyczące religii i wszystkiego co z nią związane są od pokoleń niemal identyczne;)
    Podobne pytanie zadałam swego czasu mojemu spowiednikowi. Nie otrzymałam wystarczającej mi odpowiedzi. Nie dociekam już. I też mi się rozjechały drogi.
    A po 3 piwie mam wszystkie możliwe pomysły na naprawienie świata od zaraz;)

    OdpowiedzUsuń
  2. mocne i intrygujace, pytania ktore i mnie nie daja spokoju. widze ze jest nas wiecej. pat

    OdpowiedzUsuń