piątek, 10 maja 2013

108. Cwaniary i Ursynów nocą.

Uwielbiam Warszawę w ciepłe letnie wieczory. Powietrze jest już przyjemne, ludzie snują się leniwie, niektórzy wracają do domu, inni dopiero wychodzą. Miasto jest powolne i jakby takie skupione na sobie. Lubię wtedy sobie pojeździć, popatrzeć, nawet zapach miasta mi odpowiada.

I trochę właśnie dlatego wróciłam wczoraj z Kabat rowerem na Mokotów, choć pora była co najmniej nieprzyzwoita, bo już chyba po północy. Jechałam aleją KEN, przyglądałam się mijanym sklepom, budynkom i uliczkom i doszłam do wniosku, że jak kto mieszka i pracuje na Ursynowie, to właściwie nie musi z niego wyjeżdżać, wszystko ma na miejscu. Kolejne lokalne usługowe w kolejnych budynkach przypomniały mi trochę te dłuuugie miasteczka i miasta amerykańskie, w których ma się do wyboru mall, gdzie wszystko jest w jednym budynku lub przemieszczanie się ze sklepu do sklepu, a pod każdym spory parking i oczywiście odległości między nimi na tyle duże, że pieszo się nie da. Takie dłuuugie ulicówki, nieszczególnie urodziwe.
Na Ursynowie jest oczywiście o tyle inaczej, że nad każdym sklepem i lokalem jest kilka lub kilkanaście pięter mieszkań, ale z poziomu ulicy zobaczyłam jakieś podobieństwo. Przy czym nie można wykluczyć, że ja obecnie widzę Amerykę wszędzie, nawet w lodówce.

- a nie boisz się tak jeździć ulicą na rowerze?
- no nie boję.
- i tak po nocy?
- no nie.  A powinnam?



Zastanawiam się, czy gdzieś nie uciec na weekend, na jakąś trawkę, do czyjegoś ogródka. Byłoby to prostsze, gdybym miała auto, ale przecież niezmotoryzowani też mają, jak korzystać ze świeżego powietrza. Sęk w tym, że zapowiadają kiepską pogodę, więc pewnie w ramach trawki będzie sofa, a w ramach pikniku zamawianie żarcia na wynos. Przyda mi się trochę nicnierobienia, dawno nie snułam się w piżamie do 17tej.

Tymczasem zauważyłam na treningach kravki, że mam dużo więcej energii niż wcześniej. I że nie wiem jeszcze za bardzo, co z nią zrobić. Dziewczyny się prawie mnie boją ;) Nosi mnie, w weekend muszę koniecznie pójść albo pobiegać albo na basen, albo cokolwiek, żeby się wpierw rozładować, a potem naładować. Nie wiem, na ile ma to związek z tym, że w głowie mam czysto, a na ile ze zmianą diety (brak pieczywa i niemalże bez słodyczy), ale czuję, że mogę góry przenosić. I to dosłownie. Niech no tylko ktoś mnie dostatecznie wkurzy, to dostanie w łeb zanim się obejrzy. Albo w ucho. Uderzenie w ucho jest skuteczne. W tchawicę też, rzecz jasna. I kopnięcie w kolano. Z boku.  

Czytali "Cwaniary"? Niech czytajo. Zrozumiejo.


1 komentarz:

  1. Przeczytałam dopiero kilka postów i... jestem bardzo pozytywnie nastawiona więc obserwuję i czytam dalej :)

    OdpowiedzUsuń