środa, 8 maja 2013

106. Jeżdżę rowerem

Od powrotu do Polski przemieszczam się rowerem. Nie mam wszak auta, nie potrafię też podjąć decyzji na temat tego, czy chcę je kupić, czy może motocykl, czy jednak nie, oraz i tak nie obejrzałam jeszcze konta bankowego, więc w sumie zastanawianie się nad powiększaniem dziury budżetowej nie ma racji bytu.

No to jeżdżę rowerem, a właściwie Stridą, żółtą, którą uwielbiam i która wzbudza całkiem spore zainteresowanie. Na ten przykład wczoraj. Autobus linii 507, pani lat 55, sympatycznie jej z oczu patrzyło, piękna i bardzo naturalnie zadbana. Pyta o rower (akurat złożony, bo spieszę się na kravkę, ach, czy pisałam jak cudownie było powrócić na trening? Nie pisałam! CUDOWNIE). Że jej się bardzo podoba, ale że nie wie, kiedy będzie mogła kupić, bo akurat jedzie zaraz na urlop. Więc pytam, gdzie się wybiera i od razu czuję się lekko niezręcznie. W głowie się karcę za gadulstwo. "Tu Polska, babo, a nie jakaś Ameryka i zadawanie bezpośrednich pytań jest niewłaściwe. Szczególnie obcym osobom. Szczególnie w autobusie, przy innych". A tu klops, pani wchodzi w rozmowę. I co się okazuje, w trakcie tej 10 minutowej podróży? (Rondo Waszyngtona - Pałac Kultury).

Pani jest bibliotekarką, przeprowadziła się 7 lat temu ze Śląska. Pracowała tam na uniwersytecie, ale facet ją zostawił ("wybrał sobie młodszą, ale ona teraz go zrobiła w trąbę, ja to nawet się cieszę, że ją wybrał, skoro ona tak go potraktowała. ZASŁUŻYŁ") i musiała zacząć dorabiać piątek świątek w barze. I miała tego dość, więc przeniosła się do stolicy. Ale nie stać jej było na mieszkanie w mieście, kupiła coś w Żyrardowie i tak codziennie dojeżdża. Nie lubi tych dojazdów, no ale co robić, jeździ,  i zresztą Żyrardów lepszy niż Pruszków, bo to już małe miasteczko, rewitalizowane ostatnio. Podoba jej się. Na urlop nie ma pojęcia, gdzie pojedzie, bo jadą z siostrzenicą. A ona pracuje w biurze podróży i będzie kupować wycieczkę na dwa dni przed wylotem, żeby było najtaniej. Pani nie chce do Egiptu, wolałaby do Turcji, bo tam jest przepięknie, ale siostrzenica weźmie to, co będzie najtańsze. W zeszłym roku siostrzenica nie wytrzymała napięcia i kupiła 5 dni przed wylotem, a 3 dni później ta sama oferta była za 400 zł taniej. Więc teraz chcą wytrzymać do końca. Tylko, czy aby nie pękną wcześniej. No i pani by chętnie pojechała do Maroko. Widziała cudną audycję z Gesslerową na temat Maroko i bardzo by chciała. Kolorowo i zapachy. Ale niestety. Siostrzenicę nie stać. Nie w tym roku.

- A słyszała Pani o akcji Warszawa Czyta?
- Jasne, że tak, ale jeszcze tych Cwaniar nie przeczytałam. Muszę poczekać aż wrócą do biblioteki.

Wysiadałam pod dworcem z przekonaniem, że jeszcze tę panią spotkam. Zwłaszcza, że w przyszłym tygodniu ma jakiś jubel w Centrum Kultury na przeciwko mojej pracy. I przez moment wydawało mi się, że wcale nie jestem w Polsce.
Taka otwarta fajna kobieta w autobusie linii 507.


3 komentarze:

  1. Ależ ciekawy rower. Nigdy takiego nie widziałam. Wygodnie się na nim jeździ?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ludzie powinni mieć jakieś otagowanie, czy są chętni do konwersacji czy nie. bransoletkę, znaczek w klapie cy cóś :))
    O, albo niechętni nalepkę z kaktusem ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. jasne, że wygodnie, acz oczywiście to nie jest na wyprawy 50-kilometrowe :)

    tak, oznaczenie, otagowanie, to w sumie słuszna koncepcja :)

    OdpowiedzUsuń