wtorek, 7 maja 2013

105. Dzisiaj jest tak

Tak sobie myślę, trochę górnolotnie, że kiedy człowiek jest w drodze, to właściwie nie przestaje nim być. Czyli, że jak już raz się weszło w tryb poznawania, to się już w nim pozostanie. I nie ma znaczenia, że teraz przez jakiś czas jest to podróżowanie stacjonarne. Widocznie teraz mam zbierać owoce z tego, co zobaczyłam, z tego co przeżyłam tam, żeby za jakiś czas móc pojechać dalej.

Kiedy miałam jakieś 23 lata, kończyłam studia, zaczynałam pracę, niańczyłam niewielkiego wówczas obywatela, miałam niesamowite poczucie, że już wszystko w życiu osiągnęłam. Mam męża, dziecko, pracę, dom, czego chcieć więcej i czy aby to życie mnie jeszcze czymś zaskoczy. No zaskoczyło mnie dość konkretnie, dało popalić i zmusiło do zrewidowania swoich poglądów. Zaczęłam szukać, samodzielnie tym razem, już nie pod wpływem zewnętrznych autorytetów. I zaczęłam znajdować.

Szczyt tego szukania przypada na ostatnie 5 lat, już po trzydziestce. Widzę, że każdego dnia odkrywam nowe lądy i widzę, że jest ich coraz więcej do odkrycia. To była zresztą jedna z moich głównych myśli w Teksasie i Nowym Meksyku. Dlaczego życie jest tak krótkie, że nie ma czasu zobaczyć wszystkiego, co by się chciało. Dlaczego świat jest tak ogromny i dlaczego wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dlaczego nawet ograniczając się do jednego kraju, jednego miasta, nie mamy szans, żeby zobaczyć wszystko. Moja zachłanność czuła się zraniona tą świadomością. I ogromem Stanów Zjednoczonych, które przecież są wielkim kontynentem, zmieniającym się, jak Europa, co paręset kilometrów.

Jechałam więc i czułam równoczesny ból istnienia. Że to wszystko się skończy, że nigdy tu (tam?) nie wrócę i że nie spotkam tych ludzi, nie zobaczę tych kolorów, nie spróbuję tych potraw.

A potem dojechałam do oceanu i zobaczyłam wodę. Poczułam hipnotyczną jego moc. I zrozumiałam, że nie ma absolutnie możliwości, żebym tam nie wróciła. Jeśli gdziekolwiek na świecie jest moje miejsce, to jest ono nad wodą, na słońcu, w wielkich przestrzeniach, niekoniecznie pustych, niekoniecznie zatłoczonych. Jestem dużą kobietą i zawsze mi się wydawało, że nie pasuję. Że jestem brzydkim kaczątkiem wśród pięknych innych. Potem odkryłam, że są takie środowiska, do których przynależę. Teraz już wiem, że tam też jest moje miejsce. Na pewno nie jedyne i na pewno nie na zawsze.
Ale tam mogłam być sobą. Tutaj się w jakiś sposób duszę.

No więc teraz trzeba się zastanowić, co można zmienić w życiu, żeby przestać się dusić. Czasami wystarczy poluźnić chustkę. Czasami wrócić na powierzchnię wody i nabrać oddechu. A czasami trzeba wyswobodzić się z uścisku. Państwo wybaczą te tanie metafory.

Zgrałam zdjęcia.
Dzisiaj jest tak:  


6 komentarzy:

  1. zawsze i wszedzie wielbic cie bede ;) pat

    OdpowiedzUsuń
  2. piękny ten wpis :) przygotowuje mnie na dalsze przygody na Twoim blogu :)

    pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie piszesz Lumpiata. Tanich metafor brak.

    OdpowiedzUsuń
  4. świetny wpis! Czytałam z przyjemnością

    OdpowiedzUsuń
  5. mnie też się podoba, rozumiem i identyfikuję się po trosze.

    OdpowiedzUsuń