poniedziałek, 6 maja 2013

104. Ja wcale nie wróciłam.

Jetlag trzyma. Wczoraj chciałam go przechytrzeć i poczekać, aż się rzeczywiście zrobię śpiąca. Koło północy zaczęłam się zbierać do łóżka. On był jednak sprytniejszy, więc zasnęłam przed czwartą, a w pracy byłam wszak o dziewiątej. Dzisiaj już nie wiem, jak z nim rozmawiać, czuję, że zaczynam umierać :)

A poza tym, to walizki nadal nierozpakowane, pranie zrobione tylko częściowo, nie mam najmniejszej ochoty przyznawać się sama przed sobą, że już wróciłam. Bo może to tylko sen? Może ja nadal tam jestem, tylko mam jakiś taki przedłużony senny pobyt w Polsce?

Zdjęć nie zgrałam na komputer, co by nie musieć ich obrabiać. Może wcale jeszcze nie skończyłam ich robić? Może zaraz wyjdę na miasto, w wygodnych conversach i będę przemierzać kilometry ulic i innych schodów?

No ogólnie jestem jednym wielkim zaprzeczeniem.

Ale obserwuję też ciekawe zmiany. Domykam różne sprawy. Zajmuję się sobą. Działam sprawnie. Nie boję się dzwonić (!). I w tyle głowy buduję nowe marzenia i plany.

Nie chcę jeszcze podsumowywać, ale widzę, że mi się te generalizacje aż cisną na palce. No to może jedna myśl dzisiaj - nie znalazłam chyba tego, co szukałam, bo "jestę procesę" i szukam dalej. Jestem nadal nienasycona i nadal zachłanna. Tu nic się nie zmieniło. Ale za to wiem, czego potrzebuję do szczęścia. Przynajmniej częściowo.
Więc coś tam znalazłam. Jakąś muszelkę na pamiątkę.

Oraz przejechałam ok. 4500 km samodzielnie i trochę ponad 1000 km z kolegą. Jechałam w sumie 11 samochodami, z czego prowadziłam jeden. I byłam w 7 stanach. Jeszcze nie wiem, ile pieniędzy poszło. Jakoś nie spieszy mi się, żeby sprawdzić.  A, i jakieś 4 kilo zrzuciłam. Bezwiednie.

A na dobranoc piosenka tego wyjazdu.
Jednoznacznie.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz