sobota, 20 kwietnia 2013

88. Pacific beach, ocean beach, mission beach.

Ocean rozleniwia. Jednoznacznie. Ani mi sie nie chce pisac, ani mi sie nie chce jechac dalej. Jestesmy w Carlsbadzie, kolo San Diego. Snujemy sie po plazach okolicznych, lazimy i jexdzimy fordem mustangiem kabrioletem. Dobrze mi jest, bardzo. Wczoraj lazilam po miescie, potem żrobilam kilka mil ze stopami zanurzonymi w wodzie, a wieczorem jadlam pyszna kolacje z normalnymi, fajnymi ludzmi, ktorzy za miesiac przylatuja do Pragi czeskiej na maraton. Dzis bylam na prawdziwym i smacznym hamburgerze w knajpie przy Ocean Beach, to taka bardziej hipsterska dzielnica San Diego. Duze, smaczne i lokalne. Oraz piwo do tego. Zawsze prosze o jasne, mocne i niezbyt slodkie. I dziala. Maja podobno troche niezlych mikrobrowarow tutaj, piwa meksykanskie tez sa niezle.

Po poludniu znowu jedna druga plaza, lazenie, jakies wesole miasteczko, pewnie najstarsze w okolicy i roaller coaster, ktory pamieta bardzo duzo, ale na szczescie jeśt calkiem bezpieczny. Dzisiaj sie prezentowalam w wersji bardziej dostosowanej do kabrio, wiec zalozylam jedne z nowych butow i pozalowalam. Kupilam japonki, ale obtarly mnie od spodu. Wiec leze teraz z lekko obolalymi stopami i czerwona skora na przedramionach. Krem przeciwsloneczny o indeksie 30 to za malo jak dla mnie, w tym klimacie.

Wieczorem tajskie zarcie, znowu dlugie Polakow rozmowy, choc wcale nie z Polakami. Calkiem zaskakujace. Czuje sie tutaj bardzo u siebie. Jutro jedziemy do Los Angeles. Chyba ze nie pojedziemy. Krystalizuje mi sie pomysl na ksiazke. I na dalszy rozwoj osobisty. Madrzy ludzie mowia, ze dopiero po trzech tygodniach mozesz sie totalnie wylogowac z pracy. To prawda. Zaczynam myslec inaczej, zaczynam czerpac przyjemnosc z malych rzeczy. Juz tylko dwa tygodnie podrozy. How sad.

Dzis w nicy po raz pierwszy snilam po angielsku. Cos komus tlumaczylam, o czym zartowalam, z kims gadalam. I to byl dobry sen.

- spojrz, zachod slonca nad oceanem!
- piekny - zapatrzylam sie.
- jeszcze ich wiele tu zobaczysz.









3 komentarze:

  1. a dlaczego miałabyś nie jechać do Los Angeles? Jedź!

    OdpowiedzUsuń
  2. welcome to the West Coast.

    im bardziej na polnoc tym piekniejszym

    OdpowiedzUsuń
  3. Się w końcu wzięłam i przeczytałam wszystko :) Bardzo miło mi się czyta blogi podróżnicze osób, które (chociażby poniekąd) znam. Chciałabym się kiedyś wybrać na właśnie taką wycieczkę przez Stany, ale obiecałam sobie, że dopiero jak zniosą wizy (czyli penwie nigdy ;) ) - na pewno bedę korzystać z Twoich doświadczeń.
    Oczywiście jestem złakniona zdjęć, mam nadzieję, że po powrocie zamieścisz ich gdzieś więcej!
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń