czwartek, 18 kwietnia 2013

87. Przez pare dni bedziemy jechac we dwoje

Czy ja juz pisalam, ze Stany sa piekne? Jestem zauroczona. Widoki sa co rusz inne, inna roslinnosc, inne temperatury i inni ludzie. Podejrzewam, ze bylabym podobnie zachwycona gdybym zrobila 4000 km po Europie, bo u nas tez jest wielka roznorodnosc, sek w tym, ze tu mozna jechac 100 km i nie spotkac zywego ducha i nie, ze raz mi sie to zdarzylo, ale co chwila.

Wczorajsza trasa z Las Vegas do San Diego mnie rozlozyla na lopatki. Zwolnilam, otworzylam okno, zamknelam je, nalozylam chustke na wlosy, co by wlosow mi nie urwalo i ponownie otworzylam. Jechalam przez jakis park narodowy, bodajze Mojave. Przepiekne widoki i taki sposkoj, jakiego dawno nie odczuwalam.

Do San Diego dojechalam pod wieczor, prawie sie nie pogubilam, George czekal na mnie przed domem. bardzo sympatyczny, niezwykle inteligentny facet, emerytowany nauczyciel. Gdy powiedzialam, ze marze o owocach, zaprowadzil mnie do poblilskiego meksykanskiego sklepu, gdzie kupilam ze trzy kilo owocow na salatke, ktora potem zjedlismy na kolacje (co najmniej jedna trzecia zostala na dzisiaj). Rozmawialismy caly wieczor, glownie o milosci. George poznaje kobiety w internecie, umawia sie na randki i ogolnie korzysta z zycia. Smial sie, ze moj akcent jest troche francuski, troche brytyjski i odrobine polski. Ta odrobina zreszta wyszla wtedy, gdy mu cos tam opowiadalam ze swojego zycia i musialam sie mocno skupic na tym, co ktos do mnie napisal, powiedzial i co ja na to. Pilismy krwawa Mary, z wodki, soku pomidorowego i ostrej przyprawy do pizzy. Byc moze dlatego dzisiaj mnie troszke glowa pobolewa.

A rano wstalam, spakowalam sie i pojechalam oddac auto. Dzisiaj zmieniam nieco tryb podrozowania. Spotykam sie ze znajomym-nieznajomym i przez pare dni bedziemy jechac we dwoje. Auto on mial zorganizowac, wiec ja moge swoje oddac juz tutaj. Wyjdzie ekonomiczniej ;)
Samo oddanie nie stanowilo problemu, podeszla pani, obejrzala samochod z kazdej strony, wydrukowala mi potwierdzenie platnosci i pokazala, gdzie znajduje sie autobus, ktory mnie zawiozl na lotnisko, gdzie przesiadlam sie do zwyklego miejskiego. Nieco wiecej klopotu mialam wczoraj, gdy musialam wszystko spakowac do walizki. Ha ha i ha. Bo z kolega spotykam sie dopiero wieczorem, a auto musialam oddac o 11, wiec na te pare godzin potrzebowalam jakiejs przechowalni bagazu. Podobno jest na stacji autobusowej Greyhound, ale na szczescie nie musialam sprawdzac - George sie zaoferowal i zostawilam walizke, plecaczek i wielka torbe z butami u niego. Podjedziemy wieczorem i zabierzemy.

Co do auta jeszcze - wykupilam opcje z paliwem. To znaczy, ze w Houston dostalam pelen bak, za bardzo atrakcyjna cene 3,15 za galon, a w zamian mialam oddac pusty bak. Bardzo korzystne, bo w Kalifornii ceny paliwa sa bardzo wysokie, ale jednak stresujace - ile uda mi sie jeszce przejechac na rezerwie i czy aby nie stane na srodku autostrady miejskiej, dwie mile przed lotniskiem, gdzie oddawalam auto. Udalo sie. Komputer pokladowy juz nawet nie pokazywal liczby mil, ktore moge jeszcze wykonac, a pisal, ze mam niski poziom paliwa. Dojechalam :)

Teraz siedze we francuskiej nalesnikarni w centrum. Leci mila dla ucha muzyka, przed chwila: http://youtu.be/hLiaxoxNmJI, co mnie troche rozbawilo nawet, w kontekscie mojego dzisiejszego spotkania. Zaraz sie tu troche poszwendam i posnuje, potem pojade na stare miasto, a podnwieczor na plaze. Jest calkiem przyjemnie, pewnie z 25 stopni, w sloncu troche wiecej.

Znowu jestem piesza. Znowu nie mam auta. I powwiem Wam szczerze - wcale mi to nie przeszkadza.







1 komentarz:

  1. Wreszcie ktoś inny niż ja uważa, że stany są piekne. Hurrah ;-)

    OdpowiedzUsuń