środa, 17 kwietnia 2013

85. Nie jestem dobra turystka

Znowu sie nie wyrabiam na zakretach. I jednoznacznie jestem zla turystka.
Zacznijmy od Flagstaff i motelu 6, w ktorym wyladowalam przedwczoraj na noc. Znalezc go nie moglam, a kiedy juz dotarlam, to nie dosc, ze bylo zimno, to jeszcze pani mi odradzila bieganie po nocy, bo tam ciemno i sa ekologiczni jesli chodzi o oswietlenie ulic. No to nie poszlam. A nawet mialam ochote. Za malo sie ruszam, od kiedy zasiadlam za kierownica.

Wczoraj rano pojechalam do Wielkiego Kanionu, zaplacilam 25 dolcow wjazdu i zaparkowalam tam, gdzie wszyscy. I wszystko inne tez robilam jak wszyscy. Ogladalam rzeczywiscie piekny kanion, dokladnie taki, jak na zdjeciach i filmach ;) i zdjecia robilam jak wszyscy. I spacerowalm wzdluz kanionu jak wszyscy. Az wreszcie nie wytrzymalam i po krotkiej rozmowie z dwoma motocyklistami bedacymi w drodze od poczatku marca, ucieklam do samochodu i pojechalam w sina dal. Bo przeciez ogladanie tego kanionu ma sens tylko od dolu, w ramach jakiejs kilkudniowej wycieczki z namiotem i spiworem. Bo ogladanie go z gory jest tak strasznie bez sensu, jak lizane lodow przez szybe. A robienie zdjec rownie beznadziejne, bo cala masa fotografow zrobila to lepiej przede mna.

No wiec ucieklam. Do Las Vegas :) do swiata kolorow, swiatel, blichtru, kiczu i zabawy oraz pieniedy. Duzych pieniedzy.

Ameryka jest naprawde piekna. Krajobrazy sa cudowne, nawet wzdluz autostrady. A kiedy przejezdzalam na wysokosci 8000 stop, przez gory, czulam ze zyje. Ze spokojnie moglabym tutaj mieszkac, pracowac, zostac. Ta mysl jest calkiem silna we mnie. Amerykanie sa inni od nas, to oczywiste, choc przeciez nie moge generalizowac, bo nie ma jednego tyou idealnego amerykanina. Ale cos, co zauwazylam przez caly czas dotychczasowej podrozy - sa otwarci, zagaduja, pytaja i maja w sobie duzo niezaleznosci. To sprawia, ze nam moga sie wydawac powierzchowni, ale gdy sie im przyjrzec, to nagle widac, ze oni zwyczajnie zyja swoim zyciem i nie potrzebuja kontaktu z innymi. Jesli zagaduja, to dlatego, ze ich to interesuje, a nie przez grzeczosc. Jesli dzis mialabym sie pokusic o jakas ocene, to stwierdzilabym, ze my, europejczycy, jestesmy duzo bardziej uwiazani do swoich 'powinno sie' i swoich 'nie wypada'.
Amerykanska niezaleznosc myslenia bardzo mi odpowiada.

W Las Vegas nocowalam u kolejnego couchsurfera, bardzo milego George'a, inzyniera w tamie Hoovera. Obwiozl mnie po miescie, zaprosil na hamburgera w 'In and Out' (podobno kultowe), zaprowadzil do kasyna. Pokazal jak wygrac dolara (wlozylam 5, wyjelam 6, ale to bylo wczoraj, dzisiaj rano przegralam z 5 kolejnych, a moze i 8). Skadinad samo kasyno calkiem przyjemne, lokalne, poza miastem. Rano mozna zjesc sniadanie za 1,89 dolara, a barmani znaja bywalcow po imieniu. 'bo wiesz, tam w miescie, to jak grasz za centa, to nawet drinka Ci nie przyniosa'. Musielismy dosc wczesnie wrocic, bo George dzis rano o piatej wyjezdzal na lotnisko, wiec i ja musialam opuscic dom. Mialam w planach Death Valley. Ale nagle zrozumialam, ze wcale nie mam na to ochoty. Chce polazic po miescie, kupic sobie cos ladnego do ubrania, porobic nic. Wiec zostalam. I tak sie szwendam od rana (jest 14.30). Wydalam juz kupe kasy, i wiem juz na pewno, ze potrzebna mi bedzie druga walizka, ale jeszcze nie wiem, czy kupie sobie kabinowke, czy jednak konieczna bedzie wieksza :)))

Za godzine loguje sie do hotelu, przy samym Stripie (glowna ulica z kasynami). Hard Rock hotel mial jakas dobra promocje i za niewielkie pieniadze spedze mila noc w otoczeniu, do ktorego nie do konca pasuje. Na te okolicznosc kupilam sobie nowe, czyste sznurowki do conversow. Sa slicznie fioletowe.

Troche mnie ten kicz tutaj przeraza, ale postaram sie go wchlonac w jak najwiekszej ilosci, co by sie nim nacieszyc raz a dobrze. Jutro jade dalej. Sprobuje nie zajechac do slubow drive thru. Bo w sumie nie bardzo mam z kim, a z obcym to jakos glupio by bylo. I najwazniejsze - moge jezdzic jak w warszawie. tu wszyscy przekraczaja predkosc, nie uzywaja kierunkowskazow i wpychaja sie na trzeciego.

Pod tym wzgledem czuje sie jak w domu :)











2 komentarze:

  1. Flagstaff to moje ulubione miejsce w okolicy.
    bardzo lubimy Hotel Monte Vista z poczatku XX w.
    wszystko w nim skrzypi i chyba nawet lozka, krzesla i umywalki maja po 100 lat. a w barze przy zywej kapeli tanczylismy kiedys z moim M. nie mielismy jeszcze dzieci oraz psa i bylismy wolni jak ptaki.
    czy zjechalas do Sedony popodziwiac czerwone skaly? miejsce pelne nawiedzonych, odjechanych ludzi. no i sa tam podobno worteksy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię z Tobą podróżować, dzięki za pokazanie kawałka świata, którego pewnie nie odwiedzę sama :)

    OdpowiedzUsuń