piątek, 12 kwietnia 2013

80. San Antonio i 600 mil autem

George z San Antonio okazal sie fantastycznym czlowiekiem. Spedzilismy ze soba bardzo mily czas. Wyslal mnie na wycieczke lodka na rzece, bo w San Antonio wszystko toczy sie wokol rzeki. Poszlam tez obejrzec muzeum o bitwie pod Alamo, w 1836 bodajze, w czasie ktorej kilkadziesiat zolnierzy pod wodxa Travisa i z pomoca Dawida Crocketta bronilo sie przed atakiem 2000 meksykanow. Bitwe przegrali, ale niedlugo poten udalo sie jednak formalnie oddzelic Teksas od meksyku i przylaczyc do Stanow. na bardzo korzystnych warunkach zreszta, bo Teksas w kazdej chwili moze sie odlaczyc i co jakis czas nawet przeprowadzaja referendum, gdyz jest caly szereg osob uwazajacych, ze teksas da sobie rade samodzielnie. na szczescie tych osob nie jest wystarczajaco, żeby to przeglosowac.
teksanczycy sa bardzo dumni z tego, kim sa. Nawet na znakach drogowych mozna co jakis czas przeczytac 'don't mess with Texas'. Patriotyzm lokalny jest wielki, a flaga Teksasu czesto wisi nad flaga amerykanska.

Po poludniu zrobilo sie cieplej, wiec przeszlismy sie wzdluz rzeki, ktorej brzegi zostaly pare lat temu zrewitalizowane na dlugosci ponad 20 km. POniewaz rzeka plynie przez sam srodek miasta i nieraz juz powodzie zatopily duza czesc domow, pod koniec zeszlego wieku zbudowano system wpuszczania wody pod miasto w razie zbyt wielkiego i szybkiego przyspieszenia nurtu. Raz sie juz przydalo i tunel sie sprawdzil znakomicie, bodajze w 1998. Domy George'a i Jima nie zostaly zatopione.

Obejrzelismy rowniez the Pearl, czyli wlasnie budowany kompleks restauracji, mieszkan, apartamentow i biur, na terenie starego browaru. Wyglada dosc podobnie do browarow w Berlinie, tak samo zgrabnie polaczono stare z nowym. Niejaki pan Goldberry uczynil z tego dzielo swojego zycia, i trzeba powiedziec, ze niezle mu to wychodzi. A miesci sie tam rowniez jakies stowarzyszenie architektow i kucharzy zreszta tez.

Wreszcie poszlismy do milej knajpy, ktorej nazwy nie pomne, choc miala cos wspolnego z wolnoscia. Urzadzona w starej kaplicy w hitorycznej dzielnicy King Wilhelm, umiarkowanie droga, a karmiaca bardzo dobrze. George zrobil mi wyklad o tym, co warto zobaczyc po drodze do San Francisco, a co mozna sobie odpuscic. Mam kilka stron zapisanych notatek i nazw. I bede z pewnoscia korzystac.

Poszlismy jeszcze na ostatniego do knajpy blisko domu, bardziej studenckiej, skad jednak glosna muzyka niskich lotow nas szybko wyprosila.

A rano wstalam, zjadlam sniadanie, wypilismy jeszcze kawe na stacji benzynowej i pojechalam w sina dal do El Paso i las Cruces. Zrobilam jakies 600 mil przez teksanska nicosc (900 km?) stracilam po drodze i zasieg i mozliwosc korzystania z internetu. Musze zrobic afere w tmobjle, juz wlasciciwie zaczelam, bo nikt mi nie powiedzial, ze kiedy tmobile traci zasieg na rzecz innych operatorow, np AT&T, to ja trace dostep do internetu i zostaje mi tylko lacznosc glosowa. strasznie niewygodne, gdy gps w google maps jest uzalezniony od internetu (wiem, wiem, mozna offline sciagnac, ale jeszcze mi sie nie udalo skorzystac z takiej sciagnietej mapy. Za kazdym razem cos nie dziala)

O El Paso, Las Cruces i ludziach, ktorych poznalam dzisiaj przy barze przeuroczej restauracji The double Eagles, a takze o hotelu, w ktorym dzisiaj spie, napisze jutro, jak dorwe sie do internetu. Jutro planuje tez pustynie White Sands, miejscowosc o cudne nazwie Truth or Consequences i jej gorace zrodla, a na wieczor Albuquerque.

No, nie nudze sie :)







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz