poniedziałek, 8 kwietnia 2013

77. O rogalikach w Houston i granicach tez

Wczorajsza mila leniwa niedziela zaczela sie od dluugiego rodzinnego sniadania, spokojnego dopijania kawy i smakowania meksykanskich przysmakow (jednym z nich byl kajmak robiony przez prawdziwa znajoma meksykanke i wlasnie ten smak mi cudnie zamknal temat swiat wielkanocnych). Po poludniu pojechalismy na samochodowe zwiedzanie miasta. Osiedla wygladaja jak w amerykanskich filmach (musze pamietac, zeby porobic zdjecia), a ulice sa szerokie, wielopasmowe, na autostradzie potrafi byc i siedem pasow w jedna strone. I rzeczywiscie w Houston nie ma jakiegos typowego miejsca na lazenie po knajpach. Wszedzie podjezdzasz autem, wysiadasz, zalatwiasz i jedziesz dalej. Albo nie wysiadasz, bo akurat ma bankomat drive-thru, albo apteke, albo kawiarnie. Podobno rano sa kolejki samochodowe do starbucksa, bo ludziom sie nie chce wysiadac z auta, zeby sie napic kawy.

Wieczor spedzilismy z zaprzyjazionymi rodzicami ze szkoly Mlodego, najpierw u nich, pozniej w libanskiej milej knajpie (nie wygladala wcale, ale za to jak smakowala!). On jest iranczykiem, ona hinduska urodzona we wschodniej Afryce. Poznali sie w Kanadzie. Przeprowadzali wiele razy, żeby wreszcie wyladowac w Houston, gdzie kazdy z nich juz prowadzi wlasny biznes (po wielu latach korporacyjnych, oczywiscie). Historia, jakich wiele. I rozmowy o tozsamosci, o jezykach, o wychowywaniu dzieci i odpepnianiu ich (tak, udalo mi sie nawet to wyrazic po angielsku, na szczescie z jej pomoca). O couchsurfingu i ryzykownym podrozowaniu, o wyborach zyciowych i odnajdywaniu wlasnych granic.

Pomyslalam sobie wtedy, ze ja jeszcze tych granic nie znalazlam. Nie bylam nigdy w takiej sytuacji, w ktorej bym wiedziala, ze dalej nie pojde, a jesli pojde to dlatego, ze musze, a nie dlatego, ze chce. Ciekawa jestem, gdzie jest koniec mojej akceptowalosci. Kiedy jest ten moment, w ktorym wiedzialabym, ze kazdy nastepny krok bedzie wymuszony. I nie wiem, czy to kwestia wychowania, czy zwyczajnie otwartosci ma nowe.

Kiedy bylam mlodsza, kiedy bylam mezatka, i gdy duzo czesciej mowilam 'powinnam' zamiast 'chce', mialam poczucie, ze moje potrzeby zyciowe sa naprawde niewielkie. Mowilam wtedy, ze jesli wiem, ze czegos nie moge osiagnac, to zwyczajnie tego nie chce. Racjonalizowalam potrzeby do bolu. Zanikalam je w sobie. Bardzo sie od tego czasu zmienilam, ale wydaje mi sie, ze ta umiejetnosc pozostala. i moze wlasnie dlatego nie wiem, gdzie sa moje granice. Bo kiedy do nich dochodze, okazuje sie, ze bez wiekszego problemu potrafie pojsc dalej.

Warto by jednak nauczyc sie identyfikowac ten moment graniczny.

Dzis nie bedzie zdjecia, bo kabelki w domu, a ja siedze w tunelach pod miastem (o ktorych napisze pewnie jutro) i pije kawe. Oraz zajadam sie rogalikiem z kruchego ciasta, z nutella, zrobionym dzis rano przez ojca mojego syna. Na sniadanie. O 6 rano to sniadanie bylo, bo do szkoly na 7. Tak, tak, dobrze wyczuwacie ten podziw w tonie mojego glosu, czy tez w literkach tu pisanych.

Ide zwiedzac tunele, milego dnia!

2 komentarze:

  1. brzmi bardzo w stylu roku Marii. Super.

    OdpowiedzUsuń
  2. a po co Ci wiedza o granicach? Czyż nie wygodniej tak? Mądrze planujesz, a nawet jeśli wariujesz to wszystko ma swoje miejsce i czas. To Twój czas.
    :)

    OdpowiedzUsuń