czwartek, 4 kwietnia 2013

71. Bedford / N 7th st

Wystarczylo mnie wyciagnac z domu na 12 godzin i juz niestety jest pozamiatane. Ja tutaj wroce, ją tu bede mieszkac, ja tu bede pracowac i ja to miasto jeszcze poznam od podszewki. Mam w tylku zakupy, sliczne buty i fantastyczne spektakle. Chce lazic po ulicach, obserwowac ludzi i przygladac sie budynkom. Tylko tyle i az tyle.

Rano bylismy umowieni z Billem, cudnym czlowiekiem nabytym tradycyjna droga, czyli ze przyjaciel mojego przyjaciela jest moim przyjacielem. Bill kupil nam dwie wejsciowki na otwarta probe w filharmonii, 18 dolarow od osoby, wiec na tyle malo, ze warto, skoro bilety na zwykle koncerty potrafia kosztowac wielokrotnosc tej kwoty. A my dostalismy te wejsciowki w prezencie, wiec tym wieksza frajda. Proba otwarta dla publicznosci, my z insiderem, miejsca mielismy bardzo dobre, a utwory Bacha, Mendelssohna i Schumanna brzmialy bosko. Bach jest wiosennie lekki i chyba dosc konkretnie go dotychczas nie docenialam. Musze nadrobic, zrozumiec, posluchac i przypomniec sobie. Mendelssohn bawil sie dzwiekami, a Schumann w swojej 4 symfonii rozczulil mnie rozmowa instrumentow detych i smyczkow. Jestem filharmonicznym lajkonikiem, ale i tak docenilam to, co bylo mi dane doswiadczyc. Bacha dwa koncerty na pianino byly zreszta dyrygowane w specyficzny sposob, bo przez pianiste, Andrasa Schiffa, prosto zza klawisza. W zespole jest tez Carter Brey, podobno jeden z najlepszych wiolonczelistow swiata, ktory ostatnio postanowil sie ustatkowac. Widac bylo cudna komitywe miedzy nim a dyrygentem.
I tak oto zaznalismy kultury wysokiej, dosc niespodziewanie, a zarazem tak przyjemnie.

Spacer przez Central Park ('w tym budynku mieszka Madonna' zeznal Bill, 'a w tamtych wiezach rozni muzycy, ktorych mialem okazje poznac' i rozpoczal cudna opowiesc o tym, jak w czyims salonie miescilo sie co najmniej 10 fortepianow. Bill ma swoje lata i wiele historii w zanadrzu). Dotarlismy do Metropolitan Museum, weszlismy bocznym wejsciem, zostalismy wprowadzeni jako goscie i Bill nam jeszcze pokazal to i owo zanim zniknal. Miedzy innymi posagi Buddy z okolic dzisiejszego Pakistanu, o twarzy Aleksandra Wielkiego, z ladnym zreszta wasem.

A propos wasa, z wczorajszej wycieczki żapomnialam Wam doniesc, ze rozczulily mnie pokazne i powazne gabloty w muzeum historii naturalnej, w ktorych przedstawiono T. Roosvelta jako zdobywce, a potem mysliwego i poszukiwacza i juz nie pamietam kogo. Gdyby byla tam cyrylica, to bym byla pewna, ze widze gabloty o Stalinie, wielkim ojcu wszechrzeczy. Tak, kraje imperialne SĄ do siebie podobne.

A w Metropolitan to wszystko, co Ameryka zabrala innym. na przyklad przepiekna brama hiszpanska. Bill twierdzi, ze Ameryka nawet za nia zaplacila. Z 50 dolcow. I ze pokwitowanie mozna obejrzec w Bialym Domu. I chinskie rozne cuda, wywiezione zapewne statkami. Nie probowalismy obejrzec wszystkiego. Skupilismy sie na oceanii i afryce, impresjonistach (jestem romantyczna, co ja na to poradze), wystawach zdjec (musze koniecznie ogarnac jakas wystawe Helen Levitt, koniecznie!) i instrumenty muzyczne. Reszte przeszlismy szybkim krokiem, lub zlekcewazylismy swiadomie. 'szczegolnie te wszystkie koscioly' rzeklo dziecko.

Po wyjsciu na Madison avenue (calkiem ą ę) wsiedlismy w autobus lokalny i pojechalismy do Harlemu. Skojarzenie mielismy dosc nietypowe. Takie polnocne Suwalki. Jest centrum handlowe, sa ludzie i nawet cos sie dzieje, ale niewiele poza tym. Obiad w oblesnym fastfudzie z sushi i smazonym ryzem (jadlam lepsze, bez urazy) i szybki powrot na poludnie. Dziecko chcialo koniecznie shake'a z McDonaldsa, co by miec harlem shake (nieobznajomionych odsylam do youtube), ale udalo nam sie znalexc chyba jedynego Maka, ktory nie sprzedaje shake'ow. Slabo?

Przesiadka w miescie na linie metra L, kierunek Williamsburg i wielka przykrosc. Wysiadlam z metra i zrozumialam, ze to jest to miejsce w Nowym Jorku, z ktorego nikt mnie nie wyciagnie chocby i sila. Mlody sie smial, ze jeśtem bardziej hip niz najwiekszy hipster, ale grzecznie lazil za mna, gdy robilam coraz to wieksze kregi wokol Bedford Avenue. Wiem, że tam jest modnie i na pewno sa ladniejsze miejsca (juz mi Kamila na FB napisala, gdzie mam koniecznie isc, tak, ta Kamila od Przewodnika niepraktycznego. Wiec rozumiecie, ze teraz musze tam pojechac. Washington Avenue. POJADE. Zobaczysz), ale dzisiaj na Williamsburgu poczulam, ze Nowy Jork jest taki jaki powinien. ma swoje magiczne miejsca. jak Berlin. I one atakuja Ciebie niespodziewanie i wyjasniaja Ci, ze przeciez nic jeszcze nie wiesz o zyciu, a juz zwlaszcza o tym miescie.

Zeby zalagodzic troche wrazenie, przeszlismy sie jeszcze na druga strone Williamsburg, tam gdzie mieszkaja ortodoksyjni zydzi. Akurat rozni ludzie wracali do domow, dzieci bawily sie w ogrodkach (choc zimno jest!), a ja probowalam nie wyjsc na totalna debilke w oczach syna i jednak powiedziec mu, dlaczego jydisz jest podobny do niemieckiego, oraz od jakiego wieku chlopcy nos pejsy. Nie bardzo mi to wyszlo.

Do domu wrocilismy pare stacji metra dalej, przeszlismy sie nasza czarna dzielnica, dzis nie bylo zadnego wypadku po drodze (wczoraj wypadek, dwa auta w calkiem niezlym stanie, wiec moze jednak strzelanina, ze cztery radiowozy, dwie straze pozarne, trzy ambulanse). Nogi dzis juz nie bola, nogi pytaja, gdzie idziemy jutro i czy aby zdazymy dojsc wszedzie, gdzie chcemy.

Nie zdazymy.
Wrocimy.
To oczywiste.










2 komentarze:

  1. Kibicuję po cichutku ...Podziwiam !
    W razie "gdybyco" , to się polecam. Mieszkam tu od lat ( choć nie na trasie twojej podróży). Jeśli chcesz to podeślę namiary na priv.
    Powodzenia!
    Czekam na cd :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Obejrzałam Williamsburg na street view, rzeczywiście, niezłe miejsce

    OdpowiedzUsuń