środa, 27 marca 2013

67. Nie miała baba problemu, to se zachorowała

Już wczoraj wieczorem było dziwnie, jakiś kaszel mnie w gardle łapał. Zrzuciłam na alergię i wzięłam ostrą dawkę wapna na noc (nie lubię sterydów), rano obudziłam się rozgorączkowana, pewnie z 37,5, co jest bardzo wysoką gorączką jak na mnie. Plus katar, ból głowy i kaszel coraz bardziej krtaniowy. Naszprycowałam się wszystkim, co się da i poszłam do roboty. Albo to stres (bo ja na stres reaguję kaszlem), albo jednak coś złapałam. Niech to szlag.

Kurde, kumpela w pracy jest w ciąży, a ja prątkowałam przez cały dzień. Zaliczyłam lekarza, dostałam antybiotyk i różne wskazania i przeciwwskazania, i wróciłam do biura. Założenie jest takie, że do piątku poczuję się lepiej, bo na razie jestem nie tylko mało przytomna, ale też cała obolała. Niech mnie ktoś przytuli!

Siedzę właśnie w centrum handlowym (no dobra, już nie siedzę, ale jak to pisałam, to rzeczywiście tam byłam), czekam aż mi umyją auto, które jutro zwracam przyjaciółce. To cudowne, że mogłam nim jeździć przez te 3 miesiące. Aniu, jesteś kochana! Po powrocie i sprawdzeniu stanu konta spróbuję nabyć coś używanego, tylko nadal nie wiem, czy samochód czy motocykl :)

W ramach uzupełnienia procedur bezpieczeństwa wysłałam wczoraj Mamie informacje o swoich aktywach i pasywach i różne hasła dostępu. Mieliśmy w rodzinie taki przypadek, gdy małżeństwo zginęło w wypadku samochodowym i dzieci (dorosłe) nie wiedziały, jakie są polisy, jakie hasła, jakie numery kont. To mocno utrudnia. I choć nikogo nie namawiam do wypadków, to zachęcam do zaufania choć jednej osobie i spisania wszystkiego. Niechby ta osoba miała tylko hasło do konta mailowego, gdzie całą resztę się umieści. Albo do komputera.

Oraz muszę koniecznie pamiętać o zabraniu jutro paszportu i innych dokumentów do pracy. Chcę je zeskanować i wrzucić w chmurę (pewnie na dropbox.com). W razie kradzieży łatwiej mi będzie udowodnić, kim jestem. Podobno takie skany skaracają nieco procedury konsularne.

Zastanawiam się, czy mam pierdolca na punkcie bezpieczeństwa. Oraz gdzie jest granica między zdrowym przewidywaniem, a lękowym zakładaniem tego, co najgorsze. Kiedyś byłam dużo bardziej beztroska. Pamiętam, jak wiele lat temu pojechaliśmy ekipą na wycieczkę rowerową, z Suwałk do Siedlec, z uroczym dodatkiem w postaci naszego rocznego syna. Teściowie pukali się w głowę, moi rodzice pewnie trochę martwili, a my cieszyliśmy się Biebrzańskim Parkiem Narodowym i innymi pustymi drogami oraz prawie darmowymi schroniskami młodzieżowymi, uruchamianymi wyłącznie w sezonie, w starych drewnianych szkołach. Młody siedział w foteliku, więcej spał niż podziwiał, i z przyjemnością jadł lody, bo lato było akurat gorące. Nauczył się też wtedy pić wodę z butelki półtoralitrowej. Zostało mu to po dziś dzień ;) Pod fotelikiem wieźliśmy zestaw pampersów, bo o to było najtrudniej w wiejskich sklepikach. Tu i ówdzie były pojedyncze rozmiary, pewnie sprowadzane specjalnie dla lokalnych dzieci. Pierwsze urodziny Młodego spędziliśmy gdzieś w lesie, i co jakąś godzinę cała gromada rozbrzmiewała urocznym zaśpiewem "Stooooo lat!!!", a Młody się śmiał z zachwytu.

Nie wiem, czy dzisiaj powtórzyłabym ten wyczyn.
Roczne dziecko? Rowery? 70 kilometrów dziennie, niezależnie od pogody?
Hmm.
Choć w sumie to, co zamierzam też jest dość odważne. Ale w inny sposób. Bezpieczeństwem Młodego nie szafuję, co najwyżej własnym. No i właśnie - czy to moje tworzenie sobie siatki bezpieczeństwa jest w tym kontekście paranoidalne i nerwicowe?
Na szczęście nie mnie oceniać, psychiatrą nie jestem :)

na wieczór Paolo Conte.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz