wtorek, 26 marca 2013

66. Everybody Pays

Wszystko na to wskazuje, że sprawy zawodowe uda mi się po całości ogarnąć przed wyjazdem. Zostały jeszcze dwa dni robocze, a już większość jeśli jeszcze nie zrobiona, to przynajmniej zaplanowana. I chyba nic niespodziewanego nie wyskoczy. (lubię wyjeżdżać mając czysto na biurku - tym realnym i tym w postaci list "to do"). Wczoraj odesłałam kurierem okrutnie przetrzymane książki i płyty do dwóch koleżanek, a wieczorem poszłam na pocztę wysłać dwie znalezione przypadkiem na półce pozycje z dwóch warszawskich wypożyczalni. Jest w tym taka metodyczność sprzątania, o której samą siebie bym nie podejrzewała.

Dzisiaj jeszcze pranie, może wreszcie wybiorę ubrania, które chcę zabrać. Na szczęście nie muszę opróżniać lodówki, skoro od razu w piątek ktoś u mnie zamieszka, ale przecież są takie produkty, których nie wypada zostawić - na ten przykład lody HagenDazs. Czekoladowe. Wczoraj wykończyłam opakowanie i poczułam się spełniona. To są bez dwóch zdań najlepsze lody na świecie, acz dziecko mi donosiło, że jakaś marka amerykańska też jest niczego sobie, więc z przyjemnością wypróbuję.

Soczewki dotarły, przejściówka do iPada również. Na razie nie udało mi się podłączyć karty SD do iPada bezpośrednio, ale przechodząc przez aparat foto już tak. I nie wiem, czy to przejściówka jest walnięta (moja szkocka natura kazała mi kupić używaną), czy karty zbyt nowoczesne, czy może to jednak mój iPad, który został zdżejlbrejkowany przez dziecko i może z tego powodu ma jakieś problemy z komunikacją. Chyba nie będę z tym walczyć samodzielnie, tylko dziecko zaprzęgnę do roboty w NYC ;)

(wrzucając przed momentem ubrania do pralki stwierdziłam, że spodnie i spodenki letnie, które zamierzam ze sobą wziąć, są dość luźne. Czyli jednak nie ma dramatu. Uff)

Przejrzałam najnowsze recenzje pokoju, w którym będę mieszkać na Brooklynie. Wszystkie są w sumie dość spójne. Facet jest bardzo sympatyczny, okolica ok, sporo sklepów, do metra niedaleko, na Manhattan całkiem blisko, ale pokoje są niesprzątnięte, a pościel nieświeża. Podobno jednak niedaleko jest pralnia. Podobno wszystko da się załatwić. Czy aby jednak nie przesadziłam z tą oszczędnością? Się zobaczy na miejscu i najwyżej będę się domagać zwrotu opłaty za sprzątanie, która ponoć jest w cenie. Będzie to okazja do sprawdzenia, czy airbnb.com rzeczywiście tak dba o swoich użytkowników, jak zapewnia na stronie.

Uruchomiłam też już kontakty na couchsurfing.com. Mam zaproszenia do San Antonio i Albuquerque. W San Antonio jakiś młody Polak, w Albuquerque para, dla której miałabym być pierwszym gościem. To dopiero frajda! Już od dłuższego czasu chciałam kogoś przenocować u siebie, bo od kiedy Młody jest za wielką wodą, to mam na stałe wolny pokój. Ale jakoś się z tym nosiłam, nie mogłam zdecydować, aż wreszcie wygląda na to, że najpierw ja skorzystam z czyjejś gościnności, a dopiero potem się odwdzięczę.

Dostałam dziś rano mailem kupę fajnej muzyki stamtąd. Wprowadziła mnie w znakomity nastrój i kazała zapomnieć o tym, co za oknem. Aż sama nie wiem, co Wam zaserwować. Może zacznę od piosenki cudnie leniwej i gorącej. Czuję, jakbym tam już była. Ktoś jedzie ze mną?

(Big Harp "Everybody Pays")


1 komentarz:

  1. Ja! Ja chcę jechać!;)
    Nawiasem mówiąc świetna muzyka, idealna na podróż.

    OdpowiedzUsuń