poniedziałek, 25 marca 2013

65. Zamiast czytać o Nowym Jorku

Zamiast czytać o Nowym Jorku siedzę w mapie południowego Zachodu. (albo południa tout court) 
Houston, Austin, San Antonio, Albuquerque i to, co pomiędzy. 

Ale trochę jest tak, że na miasta mam swoje metody. Idę coraz większymi kręgami. Najpierw najbliższe otoczenie, potem trochę dalej, potem jakieś sklepy, za każdym razem wracam z innej stacji metra do domu. Jeździmy różnymi liniami. Wysiadamy kapinkę wcześniej, wsiadamy kapinkę dalej. Chodzimy. Dużo i długo. 
I zresztą wiem aż za dobrze, że to dopiero moja pierwsza wycieczka do Nowego Jorku. Skoro wizę mam na 10 lat, potrafię sobie wszystko zdalnie zorganizować, to co za problem, żeby znowu tam polecieć za parę miesięcy, gdy znajdę tanie bilety. 

Inaczej sprawy się mają, jeśli chodzi o podróż autem. Szanse na to, żebym drugi raz chciała zobaczyć Grand Canyon albo Death Valley nie są zerowe, ale niewątpliwie niewielkie. Dlatego warto dobrze przyjrzeć się rozmaitym możliwościom i ciekawym miejscom. Ciągle zbieram dane, różni ludzie mi doradzają, co warto, a czego nie. 

Na ten przykład takie Juarez. Jedno z najbardziej niebezpiecznych miast na świecie. Miasto, w którym zabija się kobiety dużo częściej niż gdzie indziej. Oczywiście, że mnie tam ciągnie. I oczywiście, że moi przyjaciele drżą, żeby mnie tam nie poniosło. A jedna z możliwych tras między Houston a Albuquerque prowadzi właśnie tuż obok granicy meksykańskiej. I kusi mnie. Wyskoczyć na chwilę, na parę godzin do obcego miasta. Porobić zdjęcia, nie dać się zgwałcić ani zabić i wrócić do swojej spokojnej (huehue) Ameryki na noc. Prawdopodobnie tego nie zrobię. Ale kusi. 

Przyjaciel każe mi jechać do Roswell. Do muzeum Ufo. Czy ja wiem? A jeśli mnie porwą i przerobią na konserwy? (no dobra, nie będę udawać, że bardziej się boję kosmitów niż meksykańskich przestępców z Juarez). Może moje niektóre paranormalne umiejętności mogłyby tam znaleźć wyjaśnienie? Się zobaczy. Jeszcze nie wiem, czy będę bardziej miała ochotę na jazdę przez małe amerykańskie miasteczka, czy na zwiedzanie, czy może na spotykanie ludzi i gadanie z nimi. 

W każdym bądź razie moja trasa wygląda mniej więcej tak (fajne to Roadtrippers, mocno intuicyjne, kolega mi podesłał) i mam na to jakieś 8-9 dni. Ambitnie, proszę Państwa, no ale tego można się było po mnie spodziewać. Odpoczywać będę później, na wybrzeżu, już nie sama zresztą. 

Wczorajsze popołudnie poświęciłam na stworzenie playlisty na Spotify. Ponad 400 piosenek, w większości mające jakiś kontekst w moim życiu, na ten przykład francuskie disco z lat 80-tych, pewnie absolutnie nie do zniesienia dla kogoś, kto nie tańczył przy tym na swoich pierwszych w życiu prywatkach i dyskotekach. Uruchomiłam sobie wersję premium, na razie przez 30 dni jest za darmo, a potem niecałe 20 zł miesięcznie, z których w każdej chwili mogę się wycofać. Dzięki temu mam synchronizację na iPadzie i telefonie, oraz mogę sobie te wszystkie utwory ściągnąć do offline. 
No to ściągnęłam :) 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz