sobota, 30 marca 2013

64. It's been a hard day's (to)night

11.00
Dusseldorf przywitał mnie śniegiem. Nie jestem jakos bardzo zmeczona, bo pakowanie poszlo dosc sprawnie, ale choroba robi swoje. czuje sie oslabiona i jakby za filtrem goraczki, kaszlu i gardla. Moj organizm ma jeszcze kilkanascie godzin, zeby sie zregenerowac. Wlasnie wzielam ostatnia dawke antybiotyku. Bedzie dobrze, przeciez wiem, ale dawno tak nie wyeksploatowalam swojego ciala, jak bardzo dwuznacznie by to nie brzmialo ;)

Wzielam pomaranczowa walizke. Jednak nie jestem backpackersem, kurde. Za stara? Sama nie wiem, jest we mnie troche mlodej siksy, ktora chce poznawac swiat, przezywac przygody i podejmowac nie zawsze najbardziej rozsadne decyzje, ale jestem przeciez tez calkiem juz dorosla kobieta, konkretnie dzieciata i niejako ustawiona w zyciu. I tak walizka stala sie symbolem mojej niemlodosci. Wzielam oczywiscie za duzo rzeczy, choc i tak sporo ubran odlozylam z powrotem do szafy. Po dlugich negocjacjach sama ze soba. Tej sukienki nie zabralam, bo za ciepla i zalozylabym ja tylko w NY, tamtej spodnicy, bo dzinsowa, i nie ma sensu wiezc drzew do lasu. Ta koszula wcale tak dorbze na mnie nie lezy, a Crocsy sa tak bardzo ograne, ze jednak nie. Mam natomiast na sobie moje ukochane biale martensy w rozowe kwiatki. Zasluzyly na ten wyjazd. Sa wygodne i na tyle nietypowe, ze choc nie pasuja do niczego, to mozna je zalozyc do wszystkiego.

Ciekawe, czy kiedys uda mi sie zapakowac w 40litrowy plecak i miec wszystko, co mi potrzebne. Przez te wszystkie lata obrastania w rzeczy i tluszcz nie nauczylam sie powsciagliwosci.

Lotnisko w Dusseldorfie jest spokojne. Muzyka ze Spotify na uszach, calkiem przyjemny chillout. Jeszcze chwila, a znowu nabiorę energii i predkości. Na razie muszę wylądować po długim biegu. Wtapiam się w tło.

Xxxx
23.00 czyli 4 rano mojego czasu.
Jestem ledwo ciepla, ale dziecko odebralam na czas z LaGuardii i razem juz dojechalismy na Brooklyn do 'domu'. Mieszkamy przy stacji metra Kosciuszko. Bardzo wygodne do zapamiętania. Gorzej jak chcialam sie spytac, jak najszybciej dojechac z lotniska. Moja polska wymowa tego wyrazu nic pani nie powiedziala. Przeciez dla niej to jest [kos-ki-asko street].

Ide spac. Zasluzylam.

3 komentarze:

  1. Bosko, Marysiu, po prostu bosko ze tam jesteś i piszesz;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Trzymam kciuki za powodzenie tej wyprawy. Tez kiedys, dawno już, z dwójka dzieci na tej samej stacji. Zawsze warto podróżować. Ale na zdjęciu do mamusi córeczka podobna, czy tylko tak mi się zdaje ?

    OdpowiedzUsuń
  3. dbaj tam o siebie! Może jeden dzień trzeba spędzić w nowojorskim pokoju w nowojorskim łóżku? A potem już szaleć, jak organizm sie zregeneruje...

    OdpowiedzUsuń