czwartek, 21 marca 2013

62. Boli mnie dosłownie wszystko

No więc nie będę pisać o tym, co pada z nieba, bo jestem damą, a damy nie powinny używać brzydkich słów w miejscach publicznych. Ja i tak je stosuję, bo lubię korzystać z pełni swojego języka i uważam je za zwykłą emfazę swoich stanów emocjonalno-werbalnych, ale ponieważ nie znam wszystkich gości tego bloga (małomówni jesteście), to wolę udawać, że jestem kulturalna. A nuż ktoś uwierzy.

Boli mnie dosłownie wszystko. Ramiona. Tyły ud i łydki. Pośladki. Brzuch. Mięśnie pod żebrami. Przedramiona i kark. Wczorajsze moduły na krav maga były znakomite, ale wyczerpujące. Do tego stopnia, że w czwartej części na chwilę odpadłam, bo mi się ciemno przed oczami zaczęło robić. 
Pompek nadal nie umiem zrobić, ale pracuję nad tym. Jak mi się wreszcie uda, nie omieszkam się pochwalić :)

Zastanawiam się, gdzie będę nocowała w San Francisco. Nie wiem jeszcze dokładnie, kiedy tam dojadę i w jakiej konstelacji pojazdowo-osobowej, więc zasadniczo zakładam, że zajmę się tym już na miejscu, ale tak sobie dumam, że jeśli w NYC wcale nie był łatwo znaleźć coś w dostępnej cenie, to może i SF będzie trudnym miastem? Jednoznacznie nastawiam się na wynajęcie auta, motocyklu lub roweru i mam nadzieję, że jakoś poradzę sobie z tymi słynnymi pagórkami, które znam z filmów i gry komputerowej "Crazy Taxi".  Tam pewnie też będę robić zakupy, wydawać resztę pieniędzy (a raczej zadłużać kartę kredytową) i przygotowywać się psychicznie do lądowania w pięknie wiosennej Polsce (no bo jednak nie bardzo wyobrażam sobie, żeby do początku maja pogoda miała pozostać tak cudowna, jak jest teraz).  

Trochę już jestem zmęczona przygotowaniami. Świadomość, ile mam jeszcze spraw do załatwienia przed wyjazdem mnie nieco przygniata do podłoża i choć energii mam w bród, to zwyczajnie chciałabym już tam być. Poczuć wiatr we włosach (i śnieg na głowie?) oraz wiedzieć, że mogę wszystko, a niczego nie muszę. No i za Młodym się stęskniłam okrutnie. (z wszystkich wyzwań na świecie, to chyba jest największym, z którym przyszło mi się zmierzyć. Żadnej matce tego nie życzę. I powiem nawet więcej, żadnemu ojcu też nie). 

Jadłam dwa dni temu w Bordo na Gałczyńskiego. Tak jak bardzo lubię to na Chmielnej i pamiętam jak było malutkim przedzialikiem. I regularnie sprawdzam, że z czasem nie stracili na jakości, zupa-krem z pomidorów jest nadal smaczna, a ciasto pod pizzę cienkie, tak niestety knajpa na Gałczyńskiego nie przemówiła do mnie w ogóle. Pusta, kelnerka taka sobie (siedziałam naprawdę na widoku, a ona intensywnie mnie omijała wzrokiem), a jedzenie bardziej niż przeciętne. Zamówiłam tagliatelle z łososiem i porem. Danie było bez smaku, niesłone, łososia tyle co kot napłakał, porów naliczyłam ze trzy, a biały sos właściwie nieistniejący. mocno wodnisty. Makaron więc leżał na talerzu i nie bardzo miał co ze sobą zrobić. Zjadłam, bo byłam głodna. I poszłam szybko dalej, z przekonaniem, że na razie nie ma sensu tam wracać. 

Tymczasem piosenka, którą chyba dzisiaj wszyscy śpiewają. Ale w wersji oryginalnej, symfonicznej, prosto z albumu Voo Voo



3 komentarze:

  1. czytam Cię regularnie i zazdrość mnie zżera:) Realizujesz marzenie mojego życia - podróż po Stanach to coś co kiedyś wydawało mi się realnym do osiągnięcia celem. Od dawna już mi się przestało wydawać, zostaje mi więc podczytywać jak udaje się to innym...
    Rozłąki nie zazdroszczę, coś mi się wydaje, ze tego dla odmiany bym nie zniosła, przynajmniej jak chodzi o Jerrego.
    Powodzenia, niech Ci się wszystko uda!:)

    OdpowiedzUsuń
  2. W San Fran upewnij sę tylko, ze nie będzie krajowego lub lokalnego zjazdu gejów w terminie, kiedy tam się wybierasz - jeśli chodzi o dostępność pokoi to istotne.

    OdpowiedzUsuń
  3. w pierwszej chwili pomyślałam, że nawet bym chciała, żeby coś było :) Ale niestety, nie wygląda na to, żeby akurat wtedy był jakiś zjazd ...

    OdpowiedzUsuń