środa, 20 marca 2013

61. Reisefieber

Spotykam się, piszę maile, organizuję swój niebyt miesięczny. 

W pracy ogarniam, po pracy ogarniam, w domu nie ogarniam (mam bałagan taki, że aż wstyd). 
Dziś rano był lekarz, dziś wieczorem sport, a zaraz jeszcze spotkanie z koleżanką, która była niedawno w San Francisco. Sprawy bezpieczeństwa i informowania przyjaciół też już domknięte. 

Nad ranem mi się śniło, że tuż przed wylotem na lotnisku nagle odkryłam, że nie spakowałam do plecaka nic poza dwoma swetrami, bo wprawdzie zaczęłam pakować, ale nie skończyłam. I rozpaczliwie próbowałam kupić Euthyrox (taki lek na tarczycę) oraz soczewki, bo okularów też nie miałam i jedyny egzemplarz jednorazowych oczu na sobie. 

A potem ojciec (też gdzieś leciał) mi powiedział, że właśnie zaczęła się wojna.  

Jeszcze sprzedać opony zimowe, wysłać zaległe pożyczone książki do ich prawowitych właścicieli i przeczytać choć pół przewodnika. Jedzenie dla kotów już mam (10 kilo suchej karmy waży swoje, w sumie ten sport już mi chyba dziś niepotrzebny). Wykupić lekarstwa. Olać prawko międzynarodowe (nie jestem w stanie dotrzeć do fotografa, a co dopiero do urzędu). Zapłacić rachunki i ustawić płatności w kwietniu. Wystawić faktury. Zwindykować długi. 

A potem wsiądę do samolotu, umoszczę się wygodnie na siedzeniu i poczuję się wreszcie na wakacjach. Po 5 minutach zacznę przeklinać ilość miejsca na nogi. Po kwadransie zasnę. A potem zrobię się głodna. Zawsze jestem głodna, gdy podróżuję. Wy nie? 

Lubię ją. W brzuchu ją czuję. 



1 komentarz:

  1. teledysk straszny do wspaniałej piosenki.
    W podróży albo śpię albo przekąszam. miej coś, co naprawdę lubisz! albo jakieś miętusy, bo w sumie z tym przekąszaniem chodzi o przełykanie śliny i oszukiwanie błędnika, że niby tym razem nie mamy choroby lokomocyjnej.

    OdpowiedzUsuń