niedziela, 17 marca 2013

58. Miłość to wtedy, gdy kogoś nie potrzebuję

Moje weekendy dzielą się na te spędzone na robieniu nic (czyli leżeniu w łóżku i czytaniu, oglądaniu, słuchaniu) oraz na te bardziej społeczne. Czasami nie chce mi się wystawiać nogi spod kołdry, a czasami ledwo co spędzę kilka godzin w domu, bo mnie nosi.
Ten weekend spędziłam z ludźmi. Z różnymi ważnymi osobami. I nawet mama mail wysłała, czym znakomicie wpisała się w nurt (moja matka jest bardzo internetową osobą, a blog prowadziła zanim to było modne ;)

Impreza, targ, lunch, zakupy, rozmowy wieczorne, obiad rodzinny, rozmowy z synem, zakupy i basen. Same przyjemności. Udało mi się pogadać o wyjeździe z osobami, których zdanie cenię i wchłonęłam trochę dobrych rad i fajnych przemyśleń. Trochę się też pożegnałam (jakbym wyjeżdżała na co najmniej dwa lata), a jeszcze bardziej doceniłam, że mam przyjaciół. Ktoś pożyczył mi aparat fotograficzny (coś pomiędzy lustrzanką a kompaktem), ktoś inny plecak, a ktoś obiecał przejściówki do prądu (Aniu, to do Ciebie!). Dziecko osobiste nadal sprawdza kwestię internetu prepaidowego, a znajomi udostępniają moje ogłoszenie z mieszkaniem (nie chce zapeszać, ale chyba uda mi się je wynająć).

Ciekawa jestem, czy moja sieć znajomych i bliskich byłaby tak intensywna, gdybym nie była singlem. Od wielu lat mieszkam sama (lub z synem), a od pół roku jestem całkowicie wolna, dziecko jest 9000 km stąd, a ja dzięki temu jestem sama sobie sterem i okrętem i zapełniam sobie czas tak, że sama się sobie dziwię, że na wszystko mam energię. Mam znajomych mniej więcej wszędzie, a kiedy ich nie mam, to ich sobie organizuję (co zresztą właśnie ma miejsce w kontekście wyjazdu do USA). Czy to bycie singlem daje więcej otwartości na rozmaite relacje społeczne (z powodu naturalnej i atawistycznej potrzeby kontaktów społecznych), czy to może pozostawanie w związku przymyka dotychczas otwarte furtki, co by więcej działo się w domu i w zagrodzie? Odpowiedź jest pewnie gdzieś po środku.

Dlatego więc bardzo doceniam swoją wolność i staram się ją wykorzystywać do cna. Wiem, że to jest czas dla mnie, dla mojego rozwoju i wiem, że dzisiaj mogę wszystko, a jutro wszystko może się zmienić :) Wiem też, że bycie singlem jest wygodne i przyjemne - daje luksus samodzielnego podejmowania decyzji. A kiedy człowiek polubi już samego siebie i zrozumie, że niewiele fajniejszego mu się od niego samego w życiu trafić może, to taka samodzielność jest bardziej niż kusząca, a wszelkie kompromisy coraz bardziej ciężkostrawne.

Nie trzeba być prorokiem, żeby domyślać się, że za kilkadziesiąt lat będzie dużo mniej rodzin w dzisiejszym rozumieniu, a dużo więcej jednoosobowych gospodarstw domowych, dość płynnie łączących się w związki na kilka miesięcy albo lat. I naprawdę nie widzę w tym niczego złego, bo stoję na stanowisku, że nie trzeba ludzi zmuszać do bycia razem, a miłość to wtedy, gdy kogoś nie potrzebuję i nie muszę z nim być, ale pomimo tej niepotrzeby i tego niemuszenia, chcę z nim być.

I tym optymistycznym akcentem życzę Państwu dobrej nocy i dobrego tygodnia. A na deser proponuję piosenkę Nata Kinga, przy której moje stopy zawsze zaczynają podskakiwać :)


2 komentarze:

  1. Wpadam do Ciebie od jakiegoś czasu, bo tez kiedyś przygotowywałam sie do wyjazdu do Stanów, tylko było to w ubiegłym wieku [ha, ha, ha !], na dłużej, z dziecmi,do męża stypendysty...A teraz zainteresowała mnie reklama Warzelni - temat jest mi znany, warto na bloga wpuscic reklamy ?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem jeszcze, bo nie jestem w stanie się zalogować na swoje konto AdSense, ale właściwie to czemu nie? :)

    OdpowiedzUsuń