piątek, 15 marca 2013

56. Przecież Święta za pasem

Przeglądałam wczoraj strony wypożyczalni motocykli w San Francisco. Zastanawiałam się, czy mogłabym po prostu tam przyjechać, wynająć sobie jakąś 600-tkę i pojechać w siną dal, choćby na jeden dzień (bo koszty zacne, nie powiem). Sęk w tym, że ja już wszystko zapomniałam, i jakbym usiadła na motorze i pokazała, co potrafię, to być może skończyłoby się to na grzecznym: "Thank you, Ma'am, but this motorbike is already taken and you can't rent it". Decyzję pewnie podejmę już na miejscu, w zależności od tego, na co będę akurat miała ochotę. Może końcówkę wycieczki będę chciała spędzić nad wodą? (czy aby w tamtej okolicy są ładne plaże? Na pewno są. Swoją drogą powinnam już naprawdę przejrzeć te wszystkie przewodniki, bo to zaczyna się robić niepoważne, droga pani).

Tymczasem weszłam wczoraj do Empiku, zaszłam do działu z przewodnikami i mnie od razu odrzuciło. Po jaką cholerę mam wiedzieć, gdzie są hotele oraz w jakiej restauracji należy zjeść, a także gdzie można zrobić zakupy. Kiedy człowiek przejechał trochę już świata, to takie informacje wydają się kompletnie nieistotne, a kiedy dodatkowo ma dostęp do internetu, couchsurfingu i znajomych miejscowych, to takie informacje są wręcz nieaktualne w porównaniu z tym, czego może się dowiedzieć naocznie i nausznie. (knajpy zazwyczaj wybieram po zapachu i liczbie klientów, a hotele są naprawdę najmniej istotnym elementem moich wyjazdów, byle nie było zbyt brudno i zbyt drogo).

Spojrzałam więc na półkę sklepową, przeszłam do działu z mapami, zobaczyłam, że niczego o Stanach nie ma i poszłam sobie dalej, do muzyki, której oczywiście też nie kupiłam, bo i po co, kiedy mam Spotify. W sumie nie dziwię się, że Empik teraz w połowie swojej powierzchni handlowej ma książeczki dla dzieci, zabawki i artykuły dekoracyjno-kolekcjonerskie.



W ramach ciekawości poznawczej (i wrodzonej oszczędności, rzecz jasna) szukam polskiej karty kredytowej z opcją ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej w przypadku wynajmu auta. Na razie znalazłam tylko mega-drogą Mastercard World Elite (900 zł za wydanie), więc szukam również w ramach ubezpieczeń podróżnych. Wersje najdroższe mają opcję z odpowiedzialnością cywilną, niestety zazwyczaj wykluczają zdarzenia związane z prowadzeniem auta i innych pojazdów mechanicznych. Wysłałam kilka maili, ale jakoś się nie łudzę, że uda mi się to załatwić w Polsce. Tymczasem amerykańscy agenci ubezpieczeniowi, do których napisałam mają mnie w niejakim poważaniu. No ale przecież nie będę załamywać rąk! A może  dam radę wyrobić sobie kartę kredytową w Stanach?

Chyba też już czas zacząć robić listę rzeczy, które zamierzam zabrać. Na ten przykład zastanawiam się nad latarką-czołówką, która w trakcie mojej samotniczej podróży autem z pewnością może się przydać. Podobno odległości w Teksasie i Nowym Meksyku są dość duże, a auta bywają zawodne. Z drugiej strony, po co mam brać coś, co za niewielkie pieniądze mogę nabyć w przeciętnym walmarcie. Nie wiem też, czy brać buty do biegania, czy uznać, że najwyżej będę biegać w converse'ach. Treningi kobiecej krav maga mi się wczoraj skończyły, nie chciałabym stracić tego, co czuję w udach - muszę się ruszać! W Houston ma być dzisiaj 28 stopni. W Nowym Jorku tylko 8. U nas poniżej zera, o śniegu - przez grzeczność - wspominać nie będę. Niech oni się zdecydują, bo nie wiem, czy zapakować rękawiczki inne niż motocyklowe ;)

Czy przystroiliście już choinkę? Przecież Święta za pasem.




2 komentarze:

  1. Ta podróż wydaje się tak logistycznie skomplikowana, że chyba bym się na nią nie porwała. Jakkolwiek czyta się Ciebie rewelacyjnie, do tego stopnia, że już oczekuję codziennych sprawozdań;)

    OdpowiedzUsuń
  2. to nie jest skomplikowane, tylko dla M to jest taka troche 'podroz przejscia', a wiec zwiazana z wieksza ekscytacja, niz normalnie moznaby sie spodziewac. Nagle odzyskana wolnosc, wiatr we wlosach, etc ;)

    OdpowiedzUsuń