środa, 13 marca 2013

54. The River of Dreams

Jechałam wczoraj mostem Poniatowskiego, z pracy wyszłam późno, już po 18h. Jechałam na zajęcia krav maga i cieszyłam się, że udało mi się załatwić parę spraw w robocie, bo wisiały od pewnego czasu. Padał śnieg, aura dość beznadziejna, a ja nagle - nie wiedzieć skąd - poczułam, że rozpiera mnie uczucie silniejsze niż cokolwiek, co ostatnio mogłam poczuć. Coś z wewnątrz, całkowicie mojego, niewynikające z jakichś ludzi, ich zachowań albo słów. Coś silnie osadzonego w trzewiach. Ciepło, radość, bezpieczeństwo i świadomość, że jestem panią wszechświata. Że mogę wszystko, wiem dokładnie, dokąd dążę i wiem, jak to osiągnąć.

Tak, proszę Państwa, it's official, wczoraj o godzinie 18h15 na moście Poniatowskiego Lumpiata poczuła szczęście.
I na wszelki wypadek się popłakała.

Wizja wyjazdu i towarzyszących mu okoliczności jest już przecież całkowicie realna. Jeszcze kilkanaście dni i będę siedziała w samolocie, gotowa na największą dotychczasową swoją wyprawę. (La grande vadrouille? ;) Być może nie wszystko uda mi się do tego czasu załatwić, być może będę wyjeżdżać bardzo zmęczona ostatnimi dniami przygotowań. Prawdopodobnie będę miała ze sobą listę maili do napisania, spraw do załatwienia, a w szczególności listę terminowych kontaktów i niezapłaconych faktur. Ale teraz już nic mnie nie zatrzyma. Maszyna została wprawiona w ruch i cofnąć się jej nie da.

Tymczasem na treningu dostałyśmy niezły wycisk i dzisiaj ledwo się ruszam. Moje nieistniejące mięśnie brzucha postanowiły się ujawnić, a uda bolą mniej więcej jak po pierwszym dniu nart w Dolomitach (a ja się martwiłam, że w tym roku mi się nie udało pojechać). Na tę okoliczność chyba podjadę na basen wieczorem, co by się dalej rozruszać.

Chcę czerpać z każdej chwili, którą mam. Chcę cieszyć się tym, co mi życie daje i codziennie podejmować dobre decyzje. Dla mnie samej i dla moich najbliższych. I choć jest to bardzo podobne do egoizmu, takie odnoszenie wszystkiego do siebie, to przecież wiem, że im bardziej będę szczęśliwa, tym świat wokół mnie będzie ciekawszy, bardziej dostępny i kolorowy. Liniowa relacja między stanem ducha a realnością. Zabrzmiało trochę jakbym książkę Coelho przeczytała, wiem, przepraszam kurde, ale szczęście ma w sobie coś takiego, że ludziom normalnym wydaje się żałośnie podniosłe, a ludzi depresyjnych wkurza. I nawet tak trochę głupio jest o tym pisać, słów brakuje, przecież o tyle łatwiej się pisze o sprawach trudnych, przykrych i nieszczęśliwej miłości.

A to wszystko dlatego, że postanowiłam realizować swoje marzenia. Zaczęło się chyba od motocyklu, któregoś sierpniowego wieczoru. Zadzwoniłam do firmy organizującej kurs, dowiedziałam się, że najbliższy (i ostatni w sezonie) rusza za dwie godziny i że mogę się jeszcze dopisać. Wyjęłam kasę z bankomatu i pojechałam na Bemowo. Przez kilka tygodni wstawałam o 5h30 rano, żeby zdążyć na jazdy na 7. Chwilę później, jesienią, pewna Joanna zostawiła mi w spadku kawałek siebie. Wzięłam od niej zachłanność i przekonanie, że życie warto przeżyć intensywnie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy się skończy. I że nie zawsze można wygrać, ale jeśli nie spróbujesz, to na pewno przegrasz.
Ona wygrała.

No więc jeszcze niedawno tak wiele mówiłam o tym, jak fajne byłoby życie, gdybym ja albo gdyby inni. Dzisiaj mówię mniej. Dzisiaj żyję. Zachłannie czerpię z tego, co mogę mieć. I każdego dnia podejmuję decyzję, czy chcę nadal być.
I jaka chcę być.

A na deser zostawiam Wam piosenkę, która wczoraj leciała w radiu, gdy jechałam  mostem Poniatowskiego. Dotychczas kojarzyła mi się głównie z przyjacielem z Francji, dzięki któremu poznałam i pokochałam motocykle. Od wczoraj ma jeszcze jeden dodatkowy kolor.
I wcale mnie nie dziwi, że jej tytułem jest "The River of Dreams", co odkryłam przed momentem :)


2 komentarze:

  1. no nie, zachłanność na życie, to jest to. chyba się jednak zapiszę na tę salsę :D

    OdpowiedzUsuń
  2. zapisz się i powiedz, jak Ci z tym :) Ja mam w tyle głowy tango. Kiedyś.

    OdpowiedzUsuń