niedziela, 3 marca 2013

51. Nowy Jork - przewodnik niepraktyczny

Czytam właśnie książkę Kamili Sławińskiej "Nowy Jork - przewodnik niepraktyczny". Przyjaciółka mi podrzuciła, jako dobrą literaturę przed wyjazdem. A kiedy brat się mnie spytał parę dni temu, czy już to mam, bo chciałby mi sprezentować na urodziny, to zrozumiałam, że nie ma wyjścia.
Trzeba przeczytać :)

No to będę Was raczyć cytatami, bo autorka pisze o sprawach niezwykle mi bliskich. 

"Wreszcie po kilku latach, idąc któregoś ranka ulicą, nagle uświadamiam sobie, że myślę po angielsku. I kiedy to do mnie dociera, przychodzi mi do głowy, że mieszkanie w jakimś kraju jest przede wszystkim mieszkaniem w jego języku, co niesie ze sobą nieoczekiwane konsekwencje" 

Pamiętam, kiedy wróciłam z Francji do Polski. Miałam 12,5 lat i z pewnością nie byłam Polką. Myślałam po francusku, śniłam po francusku, marzyłam po francusku i nawet śmiałam się z francuskim akcentem, i choć mówiłam bardzo dobrze po polsku i nie miałam problemu z dogadaniem, to brakowało mi codziennych słów, idiomów, a z frazeologią po dziś dzień miewam kłopoty (oraz z biernikiem i dopełniaczem). Tam byłam "tą Polką", tu byłam "tą, co mówi za śpiewnie i niekoniecznie poprawnie". W ogóle stwierdzenie, że "wróciłam" z Francji jest nieco naciągane. Ja przyjechałam. Nie pamiętałam Polski sprzed emigracji, co najwyżej kilka obrazków, zdjęć w głowie i kilka zapachów. Nie było mnie przecież 8 lat. 

Pamiętam aż za dobrze pierwszą klasówkę z biologii w polskiej szkole. Siódma klasa. Dołączyłam do nich już w październiku, po kilku tygodniach w Ecole Francaise de Varsovie. I nie byłam w stanie zrozumieć, dlaczego wszyscy się ze mnie śmieją, że napisałam "produkty zbożne" zamiast "produktów zbożowych". 

"Mimo lat karmienia się wyrafinowaną angielszczyzną "New Yorkera" nie zawsze rozumiem dowcipy. I w języku starego kraju i w narzeczu nowego - żyję w ciągłym pomiędzy, na zawsze jestem cudzoziemką." - pisze Kamila Sławińska, a ja się w tym zdaniu przeglądam i choć mieszkam w Polsce już ponad 20 lat, to nadal czuję się dziwnie, gdy najpierw przychodzi mi do głowy francuskie sformułowanie, żeby opisać jakieś uczucie, jakąś rzecz albo sprawę. 
A ja nie jestem w stanie odnaleźć polskiego odpowiednika. 

Więc dzisiaj piosenka mojego ukochanego Jean-Jacques'a Goldmana, o tym, jak facet chce wyjechać, bo tu gdzie jest czuje się nikim, a tam, nawet jeśli będzie nikim i będzie sam, to będzie mógł realizować swoje marzenia. 
"Je me perds, si je reste la" 



6 komentarzy:

  1. zaczęłam to rozumieć bardzo niedawno.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja wyjechalam do Francji jak mialam 19lat, tam przemieszkalam 6, wrocilam do Polski na 4 latka i w ogole nie czulam sie u siebie. Musialam uciekac dalej. Zycie zanioslo mnie do Hiszpanii. Absolutnie w tym jezyku jeszcze sie nie wyrazam plynnie, po polsku juz tez nie, po francusku chialabym ale juz sporo zapomnialam, po angielsku troche tez...Zbudzona w srodku nocy, stwarzam slowa, zdania niezrozumiale dla nikogo, a wywolujace usmiech na mojej twarzy bo wylapuje podswiadome strzepki slow z tych roznych jezykow. Czytam wlasnie Freuda, i to zaskakujace co moja podwiadomosc zapamietala sobie z tych wszystkich zagranicznych voyages...

    OdpowiedzUsuń
  5. Mo NIK - pamiętam, jak mnie kiedyś były mąż wybudził i ja do niego gadałam, że ma mi oddać kołdrę, a on nic. Dopiero po dobrych kilku minutach udało mu się wyjasnić, że nic nie rozumie i że mówię do niego po francusku :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak, tez miewalam wielkie pretensje w glosie i wrecz oburzenie ze jak to moj luby tak smie udawac ze nie rozumie :)

    OdpowiedzUsuń