sobota, 16 lutego 2013

46. Wiza do USA

Zabierałam się do tego, jak do porządków w mieszkaniu - niechętnie, choć z pełną świadomością, że nie uniknę. Nie podoba mi się, że Stany Zjednoczone nadal nie zniosły wiz dla Polaków, więc opór wynikał nie tylko z prokrastynacji, ale był też nieco światopoglądowy.
Kiedy jeszcze przeczytałam na ich stronie, że

"Osoby ubiegające się o wizy nieimigracyjne na pobyt czasowy B-1, B-2 powinny udowodnić, że kwalifikują się do ich uzyskania w świetle zapisów Aktu o Imigracji i Obywatelstwie. Przepisy imigracyjne przewidują, iż każda osoba ubiegająca się o wizę na pobyt czasowy jest potencjalnym imigrantem dopóki nie wykaże, iż: (...)"

to już w ogóle zrobiło mi się przykro. Na wyjeździe mi jednak zależy, więc grzecznie i pokornie usiadłam do kompa w zeszłym tygodniu i zaczęłam czytać oraz wypełniać. Procedura nie jest bardzo prosta. A może inaczej - nie jest opisana w łatwy sposób. Zakładam, że ci, którzy nie są biegli w internecie i nie znają języka angielskiego, rzeczywiście mogą potrzebować pomocy jakiegoś doradcy i nie dziwię się, że wokół wiz amerykańskich powstał cały biznes pomocowy. Ale na etapie wypełniania wniosku nie sądziłam, że ten biznes jest tak rozwinięty ;) 

Najpierw trzeba mieć zdjęcie. Odpowiednie, oczywiście, w stylu "bliskowschodni terrorysta bez poczucia humoru" albo "germańska helga z wałkiem w ręku". Styl ten sam, co do naszych aktualnych paszportów, więc zeskanowałam sobie zdjęcie, które mi pozostało w archiwum z czasów wyrabiania paszportu, zuploadowałam, system zaakceptował i kliknęłam "dalej". 
Potem trzeba zapłacić. Są dwie opcje - naziemna z Bankiem Pocztowym (li i jedynie) oraz internetowa przez taki dziwny system SOFORT, z którym ambasada współpracuje i większość polskich banków na szczęście też. Wszystko odbywa się z poziomu strony tego systemu, więc średnio przyjemnie się czułam wysyłając 512 zł w siną dal i dając dostępy do mojego konta bankowego jakiejś obcej stronie, ale zaufałam. Nie ostatni raz w tej historii, zresztą. 

Przeszłam do samego wniosku. Pytania o zawód i dochody jakoś zdzierżyłam. Napisałam prawdę i o tym, żem blogerka również. A co, niech się boją ;) Rozczuliły mnie natomiast pytania tzw. bezpieczeństwa, gdzie władze amerykańskie próbują się dowiedzieć, czy namawiałam kogoś do sterylizacji wbrew jego woli albo czy zrezygnowałam z obywatelstwa amerykańskiego, żeby nie płacić podatków. Kusiło mnie przepotwornie, żeby odpowiedzieć, że tak, planuję działania terrorystyczne oraz ludobójstwo. Rozsądna część mojej duszy mi jednak wytłumaczyła, że to nie jest dobry pomysł.

Ciekawa jednak jestem, ile terrorystów uczciwie zeznaje, że tak, właśnie, planują, chcą zaatakować Nowy Jork albo Waszyngton i w tym celu muszę wjechać do Stanów i proszą o wizę pod swoim nazwiskiem. Dobrze zresztą, że nie pytają o orientację seksualną, bo chyba bym musiała sobie jakąś wymyślić.
Zeznałam jednak pełne dane mojego byłego małżonka, i to dwukrotnie, bo również jako adres docelowy na miejscu. I zgłosiłam zapotrzebowanie wizy B1/B2 (business tourist), bo uznałam, że jako mikroprzedsiębiorca mogę uczynić intratne kontakty i kontrakty, gdzieś w przydrożnym barze albo motelu w Nowym Meksyku. Nigdy wszak nie wiadomo :)

Na koniec trzeba potwierdzenie złożenia wniosku wydrukować oraz umówić się na spotkanie z konsulem. Zaskoczyli mnie, że terminy takie krótkie, kilka dni zaledwie. Wybrałam 8.30 w piątek, wysłałam to do siebie mailem i uprzejmie przeczytałam, że każą mi zdeponować telefon przed wejściem i nie wpuszczą z dużą torbą. Oraz, że mam mieć ze sobą paszport. Wydawało się proste. A że ja z góry założyłam, że wizę dostanę, to nadmiernie się nie przejmowałam. Doszłam bowiem do wniosku, że jeśli w mojej rodzinie wszyscy mężczyźni w swoim czasie dostali wizy (ojciec, bracia, syn i były mąż), to jakoś nie bardzo widzę, żeby mnie mieli odmówić.

------

W piątek rano zaparkowałam pod ambasadą bodajże Norwegii i skierowałam się do kolejki na Pięknej. Panowie z wąsami (i ulotkami "lot do USA") straszyli, że strażnicy mnie nie wpuszczą z torebką (damską, nieszczególnie ogromną) i że lepiej od razu wyłączyć telefon, jeśli się go w domu nie zostawiło. Nienawidzę takiego gadania, głośnych wypowiedzi do kolejki i robienia show, więc poczekałam chwilę i rzeczywiście - torebka nie przeszła. Zaskoczyli mnie, bo na stronie nic nie było na ten temat, i nie chodziło o rozmiar, skoro panią przede mną też cofnęli, a miała torebkę wielkości ipada mini. Idąc za radą panów z wąsami przeszłyśmy obie przez Piękną w niedozwolonym miejscu, powitałyśmy się z panem bez wąsów, ale za to z brzuchem, który to pan nas wprowadził do klatki schodowej starej kamienicy. Tam otworzył coś w rodzaju schowka na miotły, gdzie stał wieszak. Na wieszaku kilkanaście torebek mniej lub bardziej damskich, a pod nim kilka teczek.
- 10 złotych się należy.
- A jakieś pokwitowanie nam Pan da? - spytałam uprzejmie, lekko przerażona ideą pozostawiania swojej torebki pod opieką tego schowka, bo nie pana - wszak on stał w bramie.
- A po co? Przecież rozpozna ją Pani, jak wróci, nie? - czym zmobilizował mnie do przełożenia wszystkich portfeli i innych dokumentów do kieszeni kurtki. Równie dobrze mogłabym przełożyć bombę, więc jakoś ten system niewpuszczania torebek mnie nie przekonuje.

Wróciłam do kolejki, dostałam się bokiem i wpuścili mnie do kontroli osobistej. Zdejmowanie kurtek, bramka elektroniczna, sprawdzanie kijkiem, czy to fiszbiny tak pikają, zdejmowanie butów i ogólnie miła polska obsługa, próbująca sprawnie wpuścić ludzi na teren ambasady.
Ja ich w sumie rozumiem, są w stanie wojny i niejedna już ambasada na świecie została zaatakowana, choć oczywiście cała ta procedura nie jest przyjemna.

Przeszłam do budynku właściwego, podałam swoje papiery i pan się grzecznie spytał, czy mam ze sobą zdjęcie.
- Tak, oczywiście ...   w torebce - zakończyłam z uroczą bezsilnością.
- Ale i tak musi Pani mieć inne. Bo zdjęcie nie może być starsze niż 6 miesięcy. - odparł urzędnik.
- Ale ... przecież wyglądam tak samo! - powiedziałam przyglądając się sobie w wersji "ciężki przestępca seksualny po kilku latach więzienia" i zastanowiłam, skąd on wie, że zdjęcie jest za stare.
- Zdjęcie jest to samo co do paszportu, a paszport wydany 3 lata temu. Ma Pani czas do 12h00, żeby do nas wrócić, na pewno Pani zdąży.

Zabrałam więc dokumenty i grzecznie wyszłam z ambasady. Po raz kolejny przeszłam w niedozwolonym miejscu Pięknej, weszłam do klatki po schodkach w dół, i za jedyne 30 zł zrobiłam sobie 6 ślicznych zdjęć biometrycznych. Nawet lepszych, moim zdaniem, bo mam na nich lekko wkurwiony wzrok ;)

(- i jak? może być? - spytała pani fotograf pokazując mi podgląd w aparacie.
- jasne, wyszło pięknie - odparłam bez patrzenia
- widzę, że Pani ma poczucie humoru.. )

Wróciłam do ambasady.
(ile jest mandat za przechodzenie przez jezdnię nie po pasach?) .

- Ooo, witamy ponownie - powiedział pan przy bramce elektronicznej.
- No mam nadzieję, że po raz ostatni dzisiaj - odparłam zdejmując buty.
- Za zdjęcie cofnęli? To jeszcze mogą za wniosek. Do zobaczenia! - pożegnał mnie z uśmiechem.

Wniosek jednak przyjęli. I nawet się nie domagali potwierdzenia płatności, choć od ludzi przede mną tak. Kazali zejść na dół do rejestracji. A tam okienka takie jak na poczcie. Najpierw pobrali mi odciski wszystkich możliwych palców (czyli od tego momentu władze USA mają moje odciski, podczas gdy władze polskie ich nie mają, tylko kilka palców przy okazji załatwiania paszportu. Ciekawe, że tak powiem). Zeskanowali nowe zdjęcie. Dali numerek do rozmowy z konsulem i kazali czekać. Konsulów czterech, sala pełna ludzi, krzesła ustawione jak na lotnisku. Na szczęście szło dość szybko, 30 osób przede mną przeszło w jakiś większy kwadrans.
Część odchodzących od okienek była zła, ale niewielka.
Głównie - wybaczcie stygmatyzację - panowie z wąsami.

Moja rozmowa była krótka (i po polsku). Po co jadę, że do syna i ewentualnie biznesowo, czy jego ojciec tam pracuje. Czym się zajmuję w Polsce. Czy może zatem wpisać "konsultant". Oraz w jakich innych krajach byłam. (tu mnie rozczulił, bo jakbym miała zacząć wymieniać ... powiedziałam, że mniej więcej cała Europa i Maroko). Coś tam poklikał, coś wpisał, coś dodał i ze ślicznym amerykańskim uśmiechem okraszonym bardzo prostymi zębami powiedział, że dostaję wizę B1/B2 na 10 lat i że mogę odebrać paszport za 3-4 dni robocze. Na Wiertniczej.
Pogratulowałam mu jeszcze występu ambasady na youtube, ale chyba nie zrozumiał.

Pobiegłam do pracy.
Wcześniej odbierając torebkę, rzecz jasna.
Chyba nic nie ukradli.
Mandatu też nie dostałam.





  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz