czwartek, 14 lutego 2013

45. Gdzie dom Twój?

Dorosłam do stwierdzenia, że to właśnie poza domem czuję się najbardziej w domu. Miałam kiedyś znajomego, który twierdził, że jego domem jest ulica i dopiero tam się czuje bezpiecznie. Wśród ludzi i hałasów. W przestrzeni publicznej. Mam nieco inaczej, ale jego metafora była dla mnie punktem wyjścia. Ja się czuję dobrze w ruchu, w zmianie, kiedy wiem, że moje ścieżki rysują się przede wszystkim dzięki moim decyzjom i gestom, a nie w wyniku jakichś zbiegów okoliczności lub powtarzalnej codzienności.
W mieszkaniu czuję się oczywiście bezpiecznie, ciepło, kołderka i można nic nie robić, ale to w podróży jestem człowiekiem.  Dom jest wyspą, na której odpoczywam, cała reszta toczy się poza nią.

Być może właśnie dlatego nie odczuwam żadnego dyskomfortu na myśl o tym, że miałabym - choćby w tej chwili - pojechać w siną dal. Lubię swoje rzeczy, ubrania i układ przedmiotów na półce w łazience, ale nie mam żadnego problemu z tym, żeby wytworzyć sobie nowe zwyczaje w nowym miejscu.

Kiedyś próbowałam policzyć, ile placówek edukacyjnych udało mi się zaliczyć aż do matury. Nie mam jakichś wybitnych wyników, ale jednak - dwa przedszkola, dwie podstawówki w Szwajcarii, jedna we Francji, gimnazjum we Francji, szkoła francuska w Wwie, powrót do polskiej podstawówki i liceum, tylko jedno i jakże ważne. Mieszkań też było sporo i pamiętam aż za dobrze, gdy jakieś 4 lata po powrocie do Polski, w połowie liceum, miałam ogromną potrzebę zmiany. Chciałam uciec, zacząć od nowa, bo to, co stare mnie znudziło i wydawało się tak strasznie powtarzalne.
Wytrzymałam napięcie. Za to wyprowadziłam się z domu rodzinnego już rok po maturze (wtedy w jeden rok kalendarzowy zaliczyłam 5 mieszkań, ale to zupełnie inna historia).

Jeśli więc zmiany są immanentną częścią mojego życia, a zachłanność stałą cechą mojej osobowości, to właściwie nie bardzo rozumiem, co ja tu jeszcze robię, bo powinnam być gdzie indziej :) A konkretnie to powinnam iść za sobą, biec za swoimi pomysłami i czerpać z życia garściami.
I chyba powoli nabieram prędkości, czujecie to?

Najpierw było więc prawko motocyklowe, jesień pełna planów i możliwości, nieco gorzka w smaku z powodu śmierci J, potem wypadek samochodowy, który nieco uporządkował moją hierarchię wartości w głowie, a teraz ...Ameryka czeka.
Życie jest stanowczo za krótkie, żeby odkładać do jutra.

I jeszcze piosenka, która przyszła do mnie dzisiaj w mailu i przypomniała mi o swoim istnieniu.
Taka w sam raz na 14 lutego :)



1 komentarz: