wtorek, 12 lutego 2013

44. San Francisco

Dziecko osobiste ma obecnie tydzień przerwy w szkole amerykańskiej, więc zostało wywiezione (a nawet wylecone) do San Francisco. Relacje stamtąd śle skromne, ale energia pozytywna, która z tych zdań płynie, jest ogromna. Z przyjemnością więc myślę o swojej własnej wyprawie do San Francisco.

O ile Nowy Jork kojarzy mi się z miastem, które nigdy nie zasypia, stolicą świata, jedynym w swoim rodzaju nagromadzeniem dziwnych osób, miejsc i klimatów, nieco dusznym, a na pewno dobrze ubranym, o tyle San Francisco to dla mnie miasto górek i dołków, dziwnej pogody, pięknych zachodów słońca i "kolebki" homoseksualizmu.

Specjalnie napisałam te dwa zdania, żeby po powrocie się z nimi zmierzyć i uśmiać ze swoich stereotypów w głowie. Mam świadomość, że nie wiem jeszcze nic. Tyle co z filmów, z książek. Przewodników jeszcze nie ogarnęłam, dopiero Nowy Jork położyłam obok łóżka i wierzę, że któregoś wieczoru wyloguję się z internetu na tyle wcześnie, żeby mieć siłę na poczytanie. Albo pojadę gdzieś w siną dal, bez dostępu do prokrastynującego facebooka i zajmę się tym, co rzeczywiście interesujące.

Jeśli macie jakieś dobre rady, pomysły, adresy, must-see w San Francisco, to ja bardzo uprzejmie proszę. Biorę wszystko!

Tymczasem wczoraj był basen, 800 metrów, dzisiaj wieczorem krav maga (ostatnio uczyłam się walić łokciem i robiłam to na tyle nieudolnie, że strupki mam po dziś dzień). Wiosna już może przybywać, jestem gotowa. W piątek wizyta w ambasadzie USA. Zakładam, że to formalność.

fot: Zach Milonas

1 komentarz:

  1. clam soup w chlebku pysznym polskim z błyszczącą chrupiącą skórkę zjedz w porcie. będziesz w raju po tostowym piekle.

    OdpowiedzUsuń