sobota, 9 lutego 2013

43. Chante la vie, chante

Zastanawiam się, jak zrobić z planowaniem i pilnowaniem trasy w trakcie podróży. Mam oczywiście ogromną ochotę pojechać całkowicie w siną dal i zasadniczo nie przejmować się ani kierunkiem, ani miejscowościami, ale przecież tak do końca to nie mogę. Muszę wiedzieć, gdzie jadę i muszę wiedzieć mniej więcej, gdzie dojadę. Bo oczywiście koncepcja z nocowaniem w aucie ma swoją romantyczność, ale jednak to ma być ostateczność, albo zaplanowany gryplan z kempingiem gdzieś w zanadrzu.

Internet w USA jest taki sobie, mówią mądrzy. A GPSy w wynajmowanych autach jeszcze gorsze.
Pewnie uda mi się kupić jakąś kartę pre-paid, ale ponoć internet mobilny to nadal dość wysokie koszty (rzecze syn osobisty), dużo wyższe niż u nas.
Fifirifi na pewno bywa, ale niekoniecznie in the middle of nowhere. Więc ściągnięcie map przez wifi, żeby potem z nich korzystać offlajnowo też może być trudne.

Mogę oczywiście kupić atlas papierowy (i zapewne to zrobię, bo ja zasadniczo lubię mieć mapę papierową, co by sobie paluszkiem po niej wodzić i planować kolejne dni), ale do atlasu potrzebny jest pomocnik kierowcy, a ta moja podróż samochodowa będzie samotnicza - Młody przecież zostanie w domu w Houston, i powinien grzecznie chodził do szkoły.
Lumpiata jedzie sama. Przed siebie.

Muszę poguglać trochę o tym ich mobilnym internecie oraz o mapach.
Bo dopiero wtedy będę czuła się całkowicie swobodnie, gdy będę wiedziała, że mam zabezpieczone tyły na wypadek nieprzewidzianych okoliczności. Uwielbiam być spontaniczna i elastyczna, ale z kartą płatniczą w kieszeni. Albo internetem w komórce.

Czyli better feel safe than sorry.

A na dzisiejsze sobotnie popołudnie proponuję Państwu śliczną piosenkę Michel Fugain o tym, żeby żyć tak, jakby to miał być ostatni dzień życia.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz