piątek, 8 lutego 2013

42. Z dystansu na siebie

Od kiedy postanowiłam realizować swoje marzenia, mam wrażenie, że świat się bardzo skurczył. 

Oczywiście nie jest tak, że wszystkie moje marzenia sprowadzają się do podróżowania, ale niewątpliwie jest to taki rodzaj celu, który jest z jednej strony wystarczająco atrakcyjny, żebym mogła go mieć praktycznie cały czas przed oczami, a z drugiej  - jest całkiem realny. Z innych dość silnych marzeń to wolałabym mieć kilka centymetrów mniej i kilogramów też, nawet więcej niż kilka, ale to są cele innego typu - mój wygląd nie ma szczególnego wpływu na to, czy jestem szczęśliwa. Może mi poprawiać humor, rzecz jasna, bo uwielbiam wyglądać jak milion dolarów, ale to by było na tyle. Nie jestem wytworem kultury obrazkowo-wizualnej i jakoś daję sobie radę z tym, że z roku na rok zmarszczek jest coraz więcej, a skóra nie jest ani bardziej sprężysta, ani nadmiernie błyszcząca. 

Więc teraz skupiam się na tych marzeniach, które otworzą mi oczy, dadzą wiatru w żagle i pozwolą oddychać pełną piersią. Marzenia-działania, a nie marzenia-stany. Chcę zmieniać siebie i chcę poznawać świat - dość trywialne to stwierdzenie, wiem, ale w gruncie rzeczy mam wrażenie, że prawdy życiowe sprowadzają się do bardzo prostych sformułowań. 
Wiele lat temu mój pierwszy mąż (hehe, kto pamięta stare dobre czasy tamtej Lumpiatej?) się nie mógł nadziwić, że nie potrafię wymienić choćby jednej swojej pasji, a ja czułam się dziwna i uboga. 

Dopiero  sporo czasu później zrozumiałam, że moją pasją jest zmiana. Bycie w procesie. Poznawanie ludzi, miejsc, dróg oraz poznawanie i zmienianie samej siebie. Ja muszę być w ruchu. Ciałem nie zawsze (choć też), ale umysłem koniecznie. Uśmiałam się serdecznie, gdy odkryłam, że moim kabalistycznym aniołem jest Eiael, anioł jak najbardziej powiązany ze zmianą i transformacją. 

Dorosłam więc do momentu, w którym potrafię powiedzieć, że jestem punkcikiem na mapie rzeczywistości, jednym z wielu elementów tego świata. Ale równocześnie wiem, że jestem słońcem swojej galaktyki i inni krążą wokół mnie, na bliższych lub dalszych orbitach (sami będą swoimi słońcami). I to ode mnie zależy, jaki będę wywierać wpływ i jak się dalej będą układać moje własne ścieżki. Jestem też człowiekiem, który potrafi uczynić sobie ziemię poddaną. Więc poznaję, dotykam, przeżywam. I skracam dystans. Stąd to przekonanie, że świat się kurczy. Bo codziennie poznaję nowe jego kawałki. Albo siebie. 
Mikrokognicja staje się makrokognicją. I odwrotnie. 

W jakiś jednak sposób odnajduję pokorę w tej swojej zachłanności świata. Cieszę się, że są miejsca, które dopiero teraz zobaczę. I wcale się nie spieszę do okrążania globu.  Za młodu człowiek przyjmuje nowości jako normalność. Po pewnym wieku (i chyba już to mnie dotyczy) przyjmuje inność zawsze w odniesieniu. Ma to swój urok. Układanka się zapełnia. Ciekawe, czy zdążę ją ułożyć w całości.

Na koniec dnia chciałabym móc powiedzieć, że nie tylko zobaczyłam świat, ale również zadbałam o siebie. Chciałabym usiąść, pomilczeć i poczuć się spełniona. 

Bo jeśli ja o siebie nie zadbam, to kto to zrobi? 


1 komentarz:

  1. Normalnie nie moge przestac Cie czytac! Tak nisamowite ze druga dusza na swiecie mysli podobnie :) Nigdy nie slyszalam o tych kabalistycznych aniolach, ale oczywiscie wyszukalam i co? Rafael: uzdrowiciel, patronat chorych, lekarzy, EMIGRANTOW, PODROZUJACYH...(o uciekinierach i policjantach wole nie wspominac...)

    OdpowiedzUsuń