piątek, 25 stycznia 2013

36. Podróżowanie wymaga ciągłych decyzji

- Zazdroszczę Ci tego wyjazdu - słyszę coraz częściej.

I myślę sobie, że przecież nie różnię się nadmiernie od tego, kto mi zazdrości, więc czemu on/ona nie jedzie. A potem przypominam sobie, że sama od wielu lat marzyłam o takiej podróży, a jakoś nie udało mi się zrealizować marzenia. Byłam wprawdzie na trzech wyprawach samochodowych, które trwały ok. dwóch tygodni i 5000 km każda, ale na dłużej i dalej się nie udało.
Dlaczego?

Podróżowanie w wersji samodzielnej wymaga ciągłego podejmowania decyzji. Dzień po dniu, już na wiele tygodni przed wyjazdem, trzeba się zdecydować - dokąd, jak, z kim, za ile, na jak długo oraz po co. A potem każdego dnia trzeba wiedzieć, co ze sobą zrobić. Podejść do swojego własnego czasu kreatywnie i z otwartością. Być świadomym tego, co się lubi i tego, co się chętnie ominie.

Ja na ten przykład świetnie wiem, że jestem zwierzęciem miejskim i że najbardziej lubię łazić pieszo, szukać kontaktu wzrokowego, oglądać zabytki z daleka i odwiedzić kilka muzeów. Ale bez przesady z tymi muzeami. Lubię jeździć komunikacją miejską i posiedzieć w parku, popatrzeć na dzieci, posłuchać ich matek. Nie lubię zaliczać zabytków, stać w kolejkach z turystami, jadać w fastfoodach oraz mieszkać w drogich hotelach. Nie lubię też niczego zorganizowanego. Muszę we własnym rytmie i jeśli nawet przez chwilę idę z grupą (jak np. w czasie jednodniowej wycieczki do Albanii), to za chwilę zmykam, żeby dotknąć danego miasta samotniczo albo z dzieckiem. Wolę czegoś nie zobaczyć niż mieć poczucie, że patrzę na czyjś świat jak na zwierzęta w zoo.

Dotarcie do tej samoświadomości wymagało ode mnie sporej pracy nad sobą. Po pierwsze musiałam się nauczyć, że nic się nie stanie, jeśli nie zobaczę lokalnej wieży eiffle'a. Nie umrę od tego i moje późniejsze wspomnienia i opowieści nie będą od tego uboższe. W dzisiejszych czasach wieżę i inne bigbeny można sobie dokładnie obejrzeć w internecie, więc tym bardziej.

Po drugie trzeba było nałazić się i naszukać swoich ścieżek. Zobaczyć, że wolę ludzi od rzeźb i obrazów. Wolę knajpki od hoteli. Wolę tramwaj od samochodu. Wolę miasto od prerii, gór i wiejskich krajobrazów. Wolę samodzielnie niż z grupą. Wolę przewodnik przejrzeć wcześniej, niż iść z nim i według jego wskazówek. Wolę nie wiedzieć, co jem niż jeść to, co wszyscy. Wolę domyślać się, co do mnie mówią, niż słyszeć ich opowieści specjalnie dla turystów.

Myślę, że robię wszystko, żeby nie być turystą. A jeśli teoria mojego brata o neokolonializmie turystycznym jest prawdziwa, to zrobię wszystko, żeby moja relacja z tambylcem była maksymalnie równościowa, ze wskazaniem na moją niższą pozycję  w hierarchii, bo to ja go nachodzę w domu, a on za to może (ale nie musi) pokazać mi swój świat.

No więc, podróżowanie wymaga ciągłych decyzji, szukania w sobie przekonań, konfrontowania się z cudzymi poglądami oraz otwartości na inność. A podejmowanie decyzji męczy. Stąd tyle biur podróży, zresztą ;)

Bo oczywiście można zwalić na brak pieniędzy, brak czasu i brak możliwości, z powodu trójki nieletnich, dwóch psów, srogiego szefa i dwóch kredytów. Wydaje mi się jednak, że jak ktoś chce, to znajdzie sposób. Gdybym zatem była na Twoim miejscu, zaczęłabym od poszukania w sobie. Co Cię tak naprawdę kręci na tym świecie? Bo może masz to za rogiem i nie ma najmniejszego sensu, żebyś gdziekolwiek jechał daleko.

Mnie kręci zmiana. Po prostu. I człowiek mnie kręci.

Heraklion, Kreta


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz