piątek, 25 stycznia 2013

35. Planowanie Ameryki, amerykowanie planów

"Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było"

Problem polega na tym, że Stany nie są jednorodnym krajem, a sam Teksas jest kilkakrotnie większy od wcale niemałej Francji. I choć parę dni temu podobała mi się koncepcja z wcześniejszym powrotem do Madrytu i zwiedzaniem Barcelony, to dzisiaj już wiem, że to nie ma najmniejszego sensu. Podobnie zaczynam myśleć o jeździe motocyklem. 4000 kilometrów, pogoda w kratkę, bo to kwiecień, zmęczenie, bród, hałas i samotność. A także świadomość, że jestem bardzo początkującą motocyklistką. Czy aby mam na to ochotę?
A gdyby tak ograniczyć motocykl do kilku dni?

Nie bez znaczenia jest fakt, że wczoraj spotkałam się z Dżemilą, która nieco naprostowała moje poglądy na okoliczność podróżowania po Stanach. A Dżemili ufam, bo spędziła tam dwa lata i całkiem sporo zjeździła w tę i z powrotem. Z mężem i dziećmi. Autem.
Oni tak mają ;)

Gryplan wygląda więc następująco - Nowy Jork przez tydzień (z wymyśloną przez mojego braciszka opcją jednodniowej wycieczki nad Niagarę, autobusem nocnym), Houston na parę dni (chyba że znajdę tanie bilety do Nowego Orleanu, to wtedy będzie jeszcze po drodze Nowy Orlean. Ale ci, którzy tam byli, mówią, że owszem, ładne, warto, z tym, że w Europie takich miast jest wiele, i to głównie Amerykanie się cieszą tym, że jedno z ich miast jest inne od pozostałych), następnie wynajmuję jakiś pojazd (motocykl, jeśli się uda i uznam, że to ma sens, albo auto, duże, co bym mogła w razie czego się w nim przespać, kempingów podobno jest w bród) i jadę przez Albuquerque i Las Vegas do San Diego. Po drodze zwiedzam różne takie fajne naturalne, jak np Wielki Kanion albo Death Valley.
W San Diego robię se wyskok do Meksyku (acz tu muszę sprawdzić, jak będzie z wizą), a potem wjeżdżam przez Los Angeles do San Francisco, a nawet jeszcze trochę dalej, bo winnice na północ od San Francisco są podobno niezwykle urokliwe i podobne do śródziemnomorskich.
Właściwie w San Francisco będzie całkiem sensownie wypożyczyć motocykl, ze względu na krótsze odległości. I pojeździć sobie na wycieczki wokół aglomeracji. Czy wiecie, że podobno w tamtej okolicy są 32 strefy klimatyczne w odległości kilkudziesięciu kilometrów? Muszę koniecznie tego dotknąć własną skórą oraz poczuć własną meteopatią i kawochłonnością.

A stamtąd pojadę do domu, do kotów, do cudnej majowej Warszawy i do Was.



Zaczyna to mieć ręce i nogi, prawda? Powoli więc przymierzam się do zakupu biletów. Muszę skoordynować swój przylot do NYC i przylot syna z Houston, a także nasz wspólny lot powrotny. W jedną stronę on będzie leciał United Airlines, bo to jedyna opcja dla samotnego 14-latka, a w drugą zapewne będzie to American Airlines, bo te linie dają mi sensowną cenę za całość. Jeszcze nie wiem, co z tego będzie, zwłaszcza, że moje loty intensywnie mnie kierują na JFK o 21h, co może być wyzwaniem dla młodego człowieka lądującego zupełnie gdzie indziej kilka godzin wcześniej. We'll see :)

Pożyczyłam od Dżemili kilka przewodników. Wypisała mi swoim telefonem nowoczesny rewers (jak poniżej) i wysłała go mailem. Też tak robicie?


4 komentarze:

  1. Napisane jutro. Spoko....

    OdpowiedzUsuń
  2. W sensie, że u Ciebie było jeszcze wczoraj, gdy u mnie było jutro? Życie nie jest proste ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. to pamiętaj o mnie przy okazji Barcelony, co niewątpliwie nastąpi pewnego dnia. zaczęłam trochę zazdrościć :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jaki piękny plan! Jak ja się cieszę, że zdążyłam Cię odkryć przed tą podróżą.

    OdpowiedzUsuń