poniedziałek, 21 stycznia 2013

32

Planu na weekend oczywiście nie ogarnęłam w całości. Na szczęście wyrosłam już z poczucia, że jeśli planu nie wykonam, to świat się zawali. Zawsze jest inne rozwiązanie i wcale nie zawsze jest kosztowniejsze. Kwestia elastyczności myślenia :)
Zwłaszcza w podróży.

No właśnie. Elastyczność. Trochę poszperałam, trochę poguglałam, trochę pomyślałam i widzę niestety, że wypożyczenie motocykla nie będzie takie łatwe. Zwłaszcza w Houston (a może nie zwłaszcza, ale jakoś tak wyszło, że nic tam jeszcze nie znalazłam, poza dwoma Harleyami za 100 dolców dziennie, za które serdecznie dziękuję, ale jednak nie).  Z pewnością kłopotem jest to, że chciałabym go oddać w San Francisco. Ale może źle szukam. Na razie napisałam do jakiegoś portalu lokalnego, żeby mi poradzili, co można zrobić.
Jak dobrze, że jest internet, nie? :)

Jeśli czegoś się trochę boję w związku z tym wyjazdem, to samotności. I chociaż wiem, że nie mam żadnego problemu z poznawaniem nowych ludzi i w organizowaniu sobie czasu, to jednak jest we mnie lęk, że któregoś dnia wyląduję w obślizgłym motelu u wylotu jakiegoś miasteczka i spędzę w nim idiotyczny wieczór, dwa, tydzień, bo będę się bała pójść do ludzi :) Już samo napisanie tego sprawiło, że widzę bezsensowność tego lęku, ale jednak. I choć zamierzam mieć ze sobą kindla z tysiącami książek i ipada albo komputer (jeszcze decyzji nie podjęłam), co by do Was pisać. I choć jest tyle rzeczy, które chciałam napisać od lat, a na które nigdy nie było czasu. I choć lubię siebie i lubię być sama ze sobą, to jednak boję się.

Myślę więc, że trzeba będzie podzielić te 5 tygodni na okresy spędzane z ludźmi (pierwsze dni na ten przykład z synem) i na te samotnicze. Rekolekcje se zrobię, hehe :) Jak już ustalę marszrutę, zacznę Was męczyć o Waszych znajomych, rodzinę i innych fajnych ludzi, których mogłabym odwiedzić albo przynajmniej zapoznać.

Bo najważniejsze dla mnie to dotrzeć tam, gdzie są najciekawsi ludzie. Tam, gdzie się dzieje. Tam, gdzie tylko lokalsi wiedzą. Tam, gdzie być może nie ma zabytków (z tymi zabytkami w Stanach to ogólnie będzie ciężkawo), ale za to jest historia i energia, a ludzie pamiętają.

Wejść w boczną uliczkę, skręcić w jakieś podwórko, przejechać tramwajem dwa przystanki, poszukać najbliższej knajpki, usiąść na chwilę i zamówić herbatę. Albo piwo, rzecz jasna.
I obserwować.


Update: dostałam numer telefonu do wypożyczalni motocykli w Houston. Wypożyczalni Harleyów. Czy ja wyglądam na Harleya????

2 komentarze:

  1. Nie wiem, czy mała 500-steka na podróż przez 6000 mil to dobry pomysł. Nie tylko ty będziesz jechać, ale jeszcze jakieś bagaże. Nie będziesz też raczej jechać ciągle po płaskim i ciągle 80km/h. Chyba rozsądniej mieć kilka koni w rezerwie na wszelki wypadek jak będzie górka, albo trzeba się rozpędzić do szybkości, z jaką jedzie reszta autostrady.

    Potrzebna też owiewka i zatyczki w uszach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zakładam, że motocyklem będzie Houston-San Francisco albo New Orlean-San Francisco, czyli trochę mniej mil, całkiem sporo mniej mil ;)

    Ale oczywiście muszę to wszystko do siebie przymierzyć. Bagaż do motocykla i motocykl do autostrady. Trochę mnie to martwi, oczywiście.

    OdpowiedzUsuń