poniedziałek, 14 stycznia 2013

23

Lubię jeździć autem.
Prawo jazdy zrobiłam późno, bo jakieś 8 lat temu, ale od tego czasu, kiedy tylko mogę - jeżdżę. Dlatego już następnego dnia po wypadku wsiadłam za kierownicę. Przyjaciółka pożyczyła mi auto, Toyotę Yaris, i kazała jechać. Pierwsze chwile były trudne, zwłaszcza, że byłam w kołnierzu i cała obolała, co nie pomaga w prowadzeniu po mieście, gdzie co chwila trzeba się obracać, żeby sprawdzić, czy jakiś debil właśnie nie pędzi setką po pasie, który chcesz zająć. Dałam radę. Na razie nikt mi nie wjechał w bok i auto jest całe.

Dzisiaj jest już dużo lepiej, szyja odpoczęła, czuję się całkiem znośnie, a i Yariskę poznałam lepiej. Z pewnością jeżdżę wolniej i przy każdym skręcie w lewo boję się kolejnego poślizgu i czuję napięcie.

W piątek zrobiłam sobie "wyprawę" pod Podkowę Leśną, do znajomych, co by przełamać głupi lęk. Dojechałam spocona i spięta. A gdy wracałam, w środku nocy, akurat zaczął padać śnieg i droga była naprawdę śliska - jechałam więc jak ta pańcia w płaszczyku, której mąż zazwyczaj nie pozwala prowadzić i ona nie bardzo wie, jak to się robi. Ewentualnie jak ten dziadek w kapelutku z wąsami. No nic to, dojechałam i wierzę, że jeszcze kiedyś będę się czuła pewnie zimą na drodze.
Bo na razie to trochę walka sama ze sobą.

Świętej pamięci Peugeota sprzedałam. Bardzo mi zależało na tym, żeby poszedł na części i chyba tak będzie. Głęboko w to wierzę, że nikt z niego już nie zrobi auta. To by wszak było tak niebezpieczne.

Przejechałam nim jakieś 140 tys. kilometrów. Był ze mną na Słowacji i w Czechach, w Rumunii, na Węgrzech i w Chorwacji, w Słowenii, w Austrii, we Włoszech, w Niemczech, we Francji, w Monako i w Luksemburgu. Napodróżował się, maluszek. Lubiłam go, nigdy mnie nie zawiódł. Nigdy mi się w trasie nie zepsuł. Jeździłam z nim co jakiś czas do pana Jacka w Piasecznie i wychodził stamtąd jak od kosmetyczki - piękny i blady. Czasami musiałam mu wymienić jakąś część zawieszenia, ostatnio zrobiłam sprzęgło, ale nie sprawiał kłopotu - zwykłe wymiany eksploatacyjne. Był dynamiczny, miał świetnie odejście (dwulitrowy silnik na tak malutkim aucie potrafi czynić cuda, gdy się startuje spod czerwonych świateł), jego przyspieszenie dawało mi poczucie bezpieczeństwa przy wyprzedzaniu w trasie. Był bardzo pakowny (np. tydzień w Berlinie dwóch młodych kobiet z dwoma rowerami składanymi i co najmniej kilkunastoma parami butów), wygodny i miał znakomite nagłośnienie. I last, but not least - miał miękką karoserię, która się łatwo wginała, ale która brała na siebie siłę uderzenia. Myślę, że bardzo się przyczyniła do tego, że wyszliśmy z tego wypadku cało.

Lubiłam go. Porysowany, zazwyczaj brudny, z lekko niesprawną elektryką i włączoną kontrolką od poduszki powietrznej (jednej nie było, ale boczna grzecznie wystrzeliła w czasie wypadku). Dość głośny, bo diesel. Z przesuniętą kierownicą, bo dawno geometrii nie robiłam.
Ale mój.
Moje pierwsze auto i towarzysz drogi.

I choć wiem, że kobiety zazwyczaj się nie emocjonują tak swoimi autami, to ja należę do tych, dla których w samochodzie liczy się silnik, jego moc, liczba koni mechanicznych oraz dynamika jazdy, a także różne udogodnienia, gadżety i automaty.
O kolor się nie pytam.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz