środa, 9 stycznia 2013

22

Kilka miesięcy minęło od ostatniego wpisu. Życie realne mnie pochłonęło, więc nie bardzo miałam głowę do podróżowania, a już na pewno do pisania o tym.
Ale jestem. Nowy Rok powitałam w Warszawie, na Ochocie i w tzw. 19 dzielnicy (całkiem sympatyczne miejsce, w genialnej lokalizacji dla zwierząt miejskich). Przyglądaliśmy się fajerwerkom z wysokości, miasto żyło, a ja w głowie i w kołnierzu podsumowywałam kończący się rok.

Choć nie było mnie wirtualnie, to jednak przez te miesiące trochę się ruszałam. Byłam w Gdańsku, w Toruniu, w Łodzi, w Białymstoku, we Wrocławiu, na Suwalszczyźnie i w drodze w Beskid Niski. W drodze, bo nie dojechałam. Stąd ten kołnierz. Jak być może pamiętacie 30 grudnia w niedzielę była prześliczna pogoda, pojechaliśmy więc z synem drogą gpsowo najkrótszą, przez góry świętokrzyskie, a nie przez Rzeszów albo Kielce i przy wjeździe do Łagowa wpadliśmy na warstwę lodu, choć temperatura powietrza była około 6 stopni powyżej zera. Był zatem poślizg, kontra, a nawet dwie, rozpaczliwe próby odzyskania kontroli nad autem i niestety rów równie oblodzony jak droga, jakieś fikołki wokół siebie, drzewo oraz betonowy słup i blacha falista jakichś zabudowań gospodarczych.
Auto do kasacji, a my w kołnierzach, szczęśliwi, że nic nam się poważnego nie stało.
Mieliśmy naprawdę dużo szczęścia.

Brak auta oraz zdany na jesieni egzamin na kategorię A, a także bardzo ograniczony budżet (bo auto nie miało AC) powodują, że poważnie się zastanawiam nad tym, co powinnam kupić i czy aby na pewno to musi być samochód. Tak sobie chodzę i myślę, myślę i chodzę (a nawet leżę) i rozważam wszystkie plusy i minusy. Biorąc pod uwagę, że syn się aktualnie znajduje za wielką wodą i będzie tam jeszcze przez jakiś czas, widzę poważne korzyści z posiadania motocyklu. Wolność, wiatr we włosach, niższe koszty podróżowania oraz brak korków. A większe zakupy przecież i tak robi się teraz przez internet. Jedyny POWAŻNY mankament opcji z motocyklem jest fakt, że nie mam jeszcze całego stroju (na razie tylko kask i rękawiczki), a spodni mam całe dwie pary w szafie.
Ale to jest przecież do naprawienia, nie?

Powoli też zaczynam planować wyjazdy wiosenne i letnie. Wybieram się bowiem do USA, odwiedzić syna i nie byłabym sobą, gdybym nie próbowała tego jakoś rozszerzyć, rozdmuchać i rozwodnić, co by z tygodnia w Houston zrobić przynajmniej miesiąc w tamtej części globu. Kombinuję, liczę, sprawdzam i na razie nic konkretnego nie wychodzi. Ale znam siebie - najpierw trzeba pomyśleć, potem poanalizować, aż wreszcie umysł wypluwa rozwiązanie niczym bankomat kasę.

Lumpiata lubi podróżować. To aksjomat, którego zamierzam się w tym roku trzymać.

 fot. Joanna Sałyga

1 komentarz: