wtorek, 3 lipca 2012

7

W Mariborze byłam dwa razy. Raz latem, w ramach pierwszej wyprawy samochodowej, w drodze z Graz do Ljubljany. Drugi raz zimą, na sam koniec karnawału, w drodze powrotnej z nart we Włoszech. Jest to jedno z miejsc, które pokochałam od pierwszego wejrzenia, choć wcale nie jest najprzystojniejszym miastem na świecie. Bo do Mariboru wjeżdża się od autostrady długą ulicą mocno wschodnio-europejską. Reklamy, szare bloki i inne serwisy samochodowe. Zbyt różnorodna architektura. Może nie wygląda to tak dramatycznie jak wjazd do Warszawy (z dowolnej strony), ale jednak nieszczególnie atrakcyjnie. Potem jednak nagle sie to zmienia. Jeszcze trochę bloków z lat siedemdziesiątych, ale już też mniejsze, węższe uliczki i klimat śródziemnomorski. Nie wiadomo skąd i kiedy. Gdy usiadłam wreszcie na kawie gdzieś na ichniejszej starówce, poczułam się jakbym już była na południu. A to przecież tylko Maribor, raptem 600 km od polskiej granicy i ledwo co za Austrią.

Miasteczko nie jest ogromne, choć chyba drugie co do wielkości w Słowenii. No ale Słowenia ma tylko 2 miliony mieszkańców, więc mariborskie 150 tysięcy to całkiem dużo.

Za pierwszym razem zatrzymaliśmy się na parę godzin, pochodziliśmy po uliczkach tego dnia  targowych i znaleźliśmy niewielką informację turystyczną, w której pani nam wytłumaczyła po słoweńsku (jakoś w miarę łatwo da się zrozumieć), którędy warto jechać, jeśli nie chcemy autostradą do Ljubljany. Że przez góry i że tam nic nie ma. Poza górami rzecz jasna. Wyjasniła nam też, że Słowenia słynie z miodu i że tradycyjną pamiątką jest kawałek drewna, pomalowany prymitywnymi obrazkami ludowymi, który zakrywa przód ula. Taki z niewielką szparą, przez którą wylatują pszczoły. Kupiłam takie małe drewienko, leży w kuchni i przypomina mi naprawdę sympatyczne miasto.

Pamiętam uroczą radość, jaką wywołał we mnie szyld pewnej kancelarii adwokackiej.



To miasto ma zwyczajnie bardzo dobrą energię. Ludziom się tam chce i z pewnością nie są ani zmanierowani, ani zepsuci nadmiarem pieniędzy. Maribor jest trochę panną na wydaniu, ale taką sympatyczną, uśmiechniętą i szczupłą w biodrach.

Druga wizyta w Mariborze była zupełnie inna, bo też w innym towarzystwie. Dojechaliśmy nocą, prosto z Ljubljany, zimno było, jakieś resztki śniegu nad rzeką. Ostatnia noc karnawału, więc ludzie poprzebierani. Trafiliśmy w taką małą uliczkę, w której obok siebie były trzy sympatyczne knajpy. Wedle obsługi hostelu to właściwie jedyne fajne miejsca w Mariborze. Impreza jak to impreza, dużo ludzi, przede wszystkim studentów - ja piłam gównie piwo, oni głównie inne alkohole. Wracałam o trzeciej nad raanem, sama przez miasto i absolutnie niczego się nie bałam. Trochę na pewno zadziałał alkohol, ale miasto samo w sobie też. Przytulaśne i młode.

Gdzieś tam na drugim końcu starówki jest wielki kościół. Podobno warto zwiedzić (nie lubię zwiedzać kościołów, rzadko kiedy co mnie w nich zachwyca, co najwyżej organy albo chociaż złośliwie uśmiechnięte udawane aniołki). Kościołu w Mariborze nie obejrzałam, bo chcieli pieniądze za wejście. Z zasady wtedy głośno acz uprzejmie mówię, co o tym sądzę. W Mariborze to nie była duża kwota, coś mi chodzi po głowie, że 2 EUR (o ile już było tam wtedy euro, czyli w 2007?). W sumie mogłam się skusić i zapłacić.

Tymczasem katedra w Londynie to już koszt 15 funtów. Komuś się chyba coś pomyliło.

O ile dobrze pamiętam, to właśnie w Mariborze zobaczyłam największy napis McDonalds'a ever. Przy wjeździe do miasta stały sobie po lewej i intensywnie do mnie krzyczały - tradycyjne golden łuki McDonaldsa. Być może dlatego Młody mnie potem naciągnął na śniadanie w postaci hamburgerów, już na mariborskiej starówce. Zgodziłam się niechętnie i zapowiedziałam, że w czasie wyprawy zamierzam jeść smacznie i zdrowo. I przede wszystkim lokalnie.

Ale to były nasze pierwsze kroki i pierwsze wyprawy, więc miał prawo nie wiedzieć. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz