wtorek, 3 lipca 2012

6

Z tym Londynem problem jest taki, że pojechałam tam za późno. W sensie, że jak na pierwszy raz. Zdążyłam już zjechać większość Europy kontynentalnej i trochę na tym świecie sobie posiedzieć, więc nie mogłam oddać się miastu bez obciążeń. Przyjechałam z oczekiwaniami i stereotypami w głowie. My fault, I know.

Spodziewałam się wielkiej liczby Polaków, ludzi kolorowych i ślicznego brytyjskiego akcentu. Zobaczyłam wiele osób mówiących po angielsku, niekoniecznie brytyjskiego pochodzenia, bardzo dużo białych ludzi (stanowczo więcej niż w Paryżu) oraz różne sposoby kaleczenia języka, przy których mój akcent nie był wcale takie najgorszy. 

Znajoma się śmiała, że to dlatego, że nocowałam w zbyt dobrej dzielnicy. Hampstead jest ponoć trzecią najdroższą dzielnicą. Przyjęłam z pokorą, dlatego zanim dotarłam na miejsce mojego trzeciego i ostatniego noclegu, kazałam się przewieźć przez dzielnice mniej europejskie. Tak, uznaję, w Londynie są ludzie z całego świata, ale będę się upierać, że w Paryżu jest więcej kolorowych. To nie ma rzecz jasna dla mnie namniejszego znaczenia, kolor skóry przyjmuję z taką samą obojętnością jak wzrost albo kolor oczu, ale trochę mnie to zaskoczyło. 

Aż do końca pobytu nie wiedziałam, w którą stronę mam patrzeć przy przechodzeniu przez ulicę, więc na wszelki wypadek rozglądałam się po siedem razy w każdą. Zwłaszcza gdy przebiegałam na czerwonym. Podobno w Londynie przejście na czerwonym nie jest wykroczeniem. Ale w razie wypadku nie dostałabym odszkodowania. Czy jakoś tak. 
I tak przebiegałam. Tak już mam.






Co do pierwszych wrażeń, to przyznam jeszcze, że nie zachwyciła mnie prawie godzinna kolejka na lotnisku, żeby zostać wpuszczonym do kraju. Niby mówili do mnie językami, że jest im przykro i że to ma związek z olimpiadą czy coś tam, ale jednak przykrość była. I nogi bolały :)

Na szczęście mam paszport biometryczny, pochodzę z kraju UE i ukończyłam 18 lat - puścili mnie jakąś taką boczną kolejką do automatycznej odprawy granicznej. Wyglądało to trochę jak kasy samoobsługowe w Carrefourze. Podchodzisz, skanujesz paszport, patrzysz się głęboko w kamerę, przechodzisz przez wąskie przejście i hop, jesteś w Londynie. 
Czy też w Luton. Jeden pies.  

Na autostradzie wiozącej mnie do miasta intensywnie walczyłam ze snem. Pamiętam tylko, że zastanawiałam się, co oznacza "hard shoulder" na znakach drogowych i czyje to ramię jest twarde. Dopiero następnego dnia dowiedziałam się, że chodzi o brak pobocza. 

Ils sont fous, ces Romains. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz