wtorek, 3 lipca 2012

5

Górny Mokotów. Okolice Rakowieckiej, Łowickiej i Narbutta. Taka moja mała ojczyzna z czasów nastoletnich.

Tysiące kilometrów z przyjaciółką, która mieszkała na zielonym podwórku. Odprowadzałyśmy się od drzwi do drzwi. Najpierw ja ją, potem ona mnie. A za parę lat to panowie nas odprowadzali, albo łaziliśmy razem po kwadracie. Do Madalińskiego.

Zieleń drzew, to oczywiste. Zapach podkładów tramwajowych na Rakowieckiej. Sklep Abba na rogu Łowickiej. Szkoła rosyjska przy Kieleckiej. I przedszkole dla okularników trochę dalej. Różowe podwórko, nieszczególnie lubiane. Właściwie to nie wiem, dlaczego.

Grywaliśmy w podchody, jak kto wziął kredę ze szkoły. Kilka rozgrywek i trzeba było poczekać na deszcz, bo się strzałki myliły.

We wrześniu, a może trochę później, w październiku, całe podwórko zbierało się pod orzechem. Kilkoro na drzewo (raczej ci zwinniejsi), kilkoro pod drzewem (raczej ci młodsi) i zbieraliśmy. Ktoś potem dzielił (raczej dwa ktosie, żeby było sprawiedliwie) po równo dla każdego. Zawsze się zastanawiałam, czy sądziedzi z góry, czterech dorodnych i przystojnych synów, powinnni dostawać cztery porcje. Przecież ktoś, kto nie miał rodzeństwa, był stanowczo pokrzywdzony. Palce były potem zabarwione przez dobry tydzień. Ale za to orzechy pyszne na święta.

Kościół Jezuitów. Wówczas jeszcze bez śpiewających dzwonów o dziwnych porach. I cukierenka ze średnio smacznymi ciastkami, ale otwarta w niedzielę.
Pewex w bloku za CPNem.

Ogródek przedszkola, do którego wchodziło się wieczorami - płot był na tyle niski, że nie trzeba było się nadmiernie natrudzić. Dzisiaj postawili tam ładną plombę. Mogłabym w niej mieszkać, gdyby mnie tylko było stać.

Boisko przy Bruna. Nie to przy szkole, ale to po drugiej stronie. Dzikie i nieszczególnie przyjemne, bo wylane asfaltem. Kiedyś tam schowali pieniądze w jakimś letnim konkursie którejś rozgłośni radiowej. Siedziałam wtedy na wsi, z bratem i wymyśliliśmy że te pieniądze są akurat tam. Nie mogłam odżałować, że jestem tak daleko.

Piekarnia na Łowickiej. Też już jej nie ma. I zapach chleba w niedzielny wieczór, gdy całe świeże pieczywo w domu już dawno zjedzone, a do poniedziałku tak daleko.

I ogród na tyłach kościoła, pełen pięknych kwiatów, po którym chodziłam wieczorami z siostrą Asumptą, która próbowała mi wyjasnić rozumowo, czemu Pan Bóg chce, żebyśmy się spowiadali.
- Przecież On i tak wszystko wie i wie dobrze, jakie grzechy popełniłam i jakie popełnię. To po co mam o tym opowiadać jakiemuś nieznanemu księdzu? - moja 13-letnia dusza nie chciała pojąć.




No właśnie.
Górny Mokotów.
Mój.

2 komentarze:

  1. Niezłe. Jak z moich snów. Śni mi się Górny Mokotów, na którym mieszkałem przez pierwsze trzy lata mojego życia, a potem kilka lat w początkach czwartej dekady. Takie dwa specjalne czasy.
    Najczęściej śnią mi się podwórka, z różnymi dodatkowymi atrakcjami, jak altana z luksfer, malutkie oczko wodne, bluszcz na drzewie, kapliczka, jakaś stara rzeźba. Nie wiem, czy to wspomnienia z dzieciństwa, z wypraw z dziadkiem, który - chłopak z Mokotowa - urodził się na Szucha, mieszkał na Wiśniowej, Narbutta, Madalińskiego, czy faktycznie gdzieś to tam jest, czy też tylko moja podświadomość tak sobie mebluje wspomnienia. Kiedyś zabiorę dzieciaki i pójdziemy tego szukać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozdrawiam z Łowickiej róg Narbutta. :) - Anna Erwen

    OdpowiedzUsuń